
Nazywam się Krzysiek, mam 15 lat i chciałbym wam opowiedzieć o moich najcudowniejszych wakacjach na świecie. A było to tak:
Pewnego razu podczas letnich wakacji rodzice zorganizowali mi wyjazd do Łeby. Początkowo nie byłem zachwycony z ich pomysłu. Wolałem spędzić czas przy komputerze i telewizji, niż pojechać do jakiejś ciotki w Łebie. No, ale cóż, tak zadecydowali moi rodzice, więc nie miałem wyboru – musiałem jechać.
Podróż była długa i nudna, ale w końcu dojechałem do miasteczka, gdzie czekała na mnie ciocia. Dotarliśmy do jej domu, a że było już późno, więc zaraz po kolacji położyłem się spać. Rano obudził mnie hałas, wyjrzałem przez okno i zobaczyłem chłopaka bawiącego się piłką. Ja też lubiłem grać w piłkę, więc zszedłem na dół, przywitałem się z ciocią, zjadłem śniadanie i pobiegłem zapoznać się z chłopcem. Graliśmy chwilę, a potem długo rozmawialiśmy. Okazało się, że jest to mój rówieśnik, a na imię ma Jacek. Jest bardzo fajny i ma podobne zainteresowania do moich. Nagle wpadła mi do głowy wspaniała myśl.
– Jacek, a może oprowadzisz mnie po Łebie? – spytałem niepewnie.
– Jasne! – odpowiedział – Spotkamy się jutro o dziesiątej rano, bo czeka nas długa wyprawa.
– Cudownie! – wykrzyknąłem – Powiem cioci, że wrócimy pod wieczór.
Byłem podekscytowany. Wstałem wczesnym rankiem, bo czułem, że tego dania zacznie się moja cudowna przygoda. Zgodnie z umową wyszedłem na spotkanie. Jacek już czekał. Ponieważ była ładna pogoda, chłopak zaproponował mi, że zaczniemy od Słowińskigo Parku Narodowego.
Pojechaliśmy tam bajkową kolejką, aż do wyrzutni rakiet, która w 1940 roku była hitlerowskim poligonem rakietowym. To tu niemieccy naukowcy testowali rakiety przeciwlotnicze i balistyczne. Dreszcz przeszedł po moim ciele, bo poczułem się jak polski żołnierz – zwiadowca, który odkrył rakietę oraz bunkier dowodzenia tej wyrzutni z kanałami, a także fundamenty stacji radiolokacyjnych oraz hali montażowej, służącej do konstrukcji rakiet przeciwlotniczych.
Opuściwszy to historyczne miejsce ruszyliśmy w stronę wydm. Teren jest prawdziwym rajem dla miłośników turystki przyrodniczej i ornitologicznej. Podobno można tu spotkać rzadkie gatunki ptaków, nawet orła bielika. Szedłem w milczeniu i podziwiałem to bajeczne miejsce. Niby przyjechałem nad morze, a tu spotykam przepiękne jeziora – Łebsko i Gardno. Po drodze mijaliśmy poprzewracane drzewa, nawet z korzeniami. Byłem zdziwiony, ale Jacek wyjaśnił mi, że w Słowińskim Parku Narodowym musi być wszystko naturalne, bez ingerencji człowieka. Było tu tyle ciekawych widoków, że nawet nie zauważyłem kiedy doszliśmy do ruchomych wydm. To było dopiero zjawisko!
Najpierw przywitały nas suche pnie drzew, mniej lub więcej zasypane morskim piaskiem. Idąc dalej miałem wrażeniem, że znalazłem się na wielkiej pustyni. Widoki były powalające. Zacząłem się ścigać z kolegą, kto pierwszy wejdzie na największą z wydm, którą nazwano Łącką. Jak się dowiedziałem, nazwa pochodzi od nazwy wioski Łączki zasypanej przez masy piasku w XVIII wieku. Z ledwością wdrapaliśmy się na tę wysoką górę piasku, byliśmy zdyszani i wyczerpani. Zrobiliśmy sobie mały odpoczynek i postanowiliśmy wrócić do Łeby plażą.
Po godzinie wyruszyliśmy w powrotną drogę, biegnąc brzegiem morza. Woda była chłodna, ale ukoiła nasze obolałe i zmęczone nogi. Morze było cudownie spokojne, prawie bez fal. Mijaliśmy kąpiących się ludzi, zadowolonych z wypoczynku nad naszym pięknym Morzem Bałtyckim.
I tak Jacek doprowadził mnie do portu jachtowego, do „mariny”, który jest pierwszym tego typu przedsięwzięciem zrealizowanym na polskim Wybrzeżu. Było bardzo dużo jachtów, mogliśmy je oglądać z bliska. Nigdy jeszcze nie widziałem prawdziwego jachtu. Ale frajda!
Na dziś miałem wystarczająco dużo wrażeń, więc postanowiliśmy wracać do domu, zwiedzając po drodze ruiny kościoła św. Mikołaja. Ruiny tego kościoła są najstarszym zabytkiem miasta. W pobliżu kościoła znajdowała się w XIV wieku „Stara Łeba”, będąca pierwszą osadą. Jednak takie żywioły jak: woda, piasek i wiatr przyczyniły się do zniszczenia całej osady. Ocalał jedynie fragment tego kościoła.
Resztkami sił dotarliśmy do domu cioci, która poczęstowała nas herbatą i ciastem, a do samej kolacji mój nowy przyjaciel opowiadał mi, co jeszcze będziemy oglądać następnego dnia.
Dowiedziałem się dużo ciekawych rzeczy. A mianowicie, że Łeba to miasto położone przy ujściu rzeki Łeby do Morza Bałtyckiego, między dwoma jeziorami Łebsko i Sarbsko. Jest to przedziwne zjawisko, dzięki któremu panuje tu niezwykły mikroklimat. Jest to zarazem atrakcja dla turystów, tak, jak też czyste kąpielisko morskie oraz piaszczysta plaża. Jacek opowiadał mnóstwo szczegółów o pracy swojego taty – rybaka. Obiecał zabrać mnie na jeden z połowów.
Czuję, że przyciąga mnie coraz bardziej urok tego niezwykłego miasta, jego niesamowita historia, zabytkowe budowle, ale i nowoczesne wille. Wiem, że codziennie odkryję tu nowe, atrakcyjne, niesamowite opowieści i widoki. Cieszę się, że dane mi było spędzić tu wakacje. Po prostu bajkowo jest w tej Łebie.
Marcin Byczke kl. Va
