Rodzina Bojko

 

 

Rodzina Bojko: rodzice-Maria i Grzegorz, dzieci: Leokadia, Jadwiga i Michał.

Moja mama Maria Bojko urodziła się w Studzienikach (powiat Porozów), a tata Grzegorz w miejscowości Truńce (powiat Wołkowysk).

Nasza rodzina mieszkała w Truńcach. Stamtąd w 1957 roku przyjechaliśmy do punktu repatriacyjnego do Giżycka. W Giżycku przebywaliśmy tylko dwa tygodnie.
Potem przyjechaliśmy do Sowna, a pod koniec 1959 roku osiedliliśmy się w Łebie.

Najpierw zamieszkaliśmy przy ulicy Powstańców Warszawy. Pół roku później przenieśliśmy się na ulicę Świerczewskiego (dziś Nowęcińska) do domu dla pracowników Państwowego Gospodarstwa Rybackiego, w którym pracował mój ojciec.

Mama pracowała tylko sezonowo, gdyż zajmowała się domem i trójką dzieci.

Tata zmarł w 1970 roku, a mama w 2003 r.

Cenckiewicz Ryszard

Ryszard Cenckiewicz urodził się w 1947 roku. Od dzieciństwa interesował się modelarstwem.

W wieku 10 lat skleił swój pierwszy model – zestaw radzieckich barek desantowych.

Służył w lotnictwie. Był mechanikiem uzbrojenia. Po wojsku trafił do Domu Kultury w Gdyni, gdzie zdobył uprawnienia IV klasy i jako najlepszy z klubu skierowany został na kurs, który dał mu uprawnienia instruktora modelarstwa okrętowego III klasy.

Przeniósł się do Łeby, usiłował założyć klub w miejscowej szkole, ale nie było pieniędzy i materiałów. Trochę kleił ze swoimi kolegami. Na kilka lat Ryszard Cenckiewicz wyjechał do Częstochowy. Podjął tam pracę w LOK, gdzie podniósł kwalifikacje, zdobywając uprawnienia instruktora II klasy, a po publikacjach w „Modelarzu”, „Planach Modelarskich”, opracowaniach zbiorowych i owocnej działalności klubowej najwyższy stopień instruktorskiej kariery – klasę I.

Największe sukcesy zawodowe:

  • złoty medal na Mistrzostwach Państw Socjalistycznych w Bukareszcie w 1980 roku za krążownik bandery francuskiej „Dunkierka”,
  • brązowy medal na Mistrzostwach Europy w Bukareszcie w 1981 roku za model polskiego holownika „Halny”,
  • brązowy medal na Mistrzostwach Świata w Jablonecu nad Odrą w 1981 roku za model holownika „Monsun”,
  • brązowy medal na Mistrzostwach Polski Modeli Sterowanych Radiem w Pińczowie w 1982 roku za „Monsuna”,
  • srebrny medal na Międzynarodowych Mistrzostwach w Czechosłowacji w 1983 roku za model statku „Calipso” znanego z filmów popularnonaukowych francuskiego badacza Jacquesa Cousteau.

Miał kilka wystaw indywidualnych w Gdyni i Częstochowie. Prowadził działalność instruktorską i zawodniczą. Wyszkolił kilku mistrzów i wicemistrzów modelarstwa.

Po powrocie do Łeby wznowił działalność instruktorską. W Miejskim Domu Kultury prowadził sekcję modelarską „Korab”.

Wykonał dwa tysiące modeli morskich, pięćdziesiąt samolotów, kilka samochodów wojennych, 300 makiet kościoła w Bierutowicach, kilkanaście chat kaszubskich i żuławskich. Najbardziej lubił kleić żaglowce. Modele wykonywał z metalu, drewna, papieru, żywicy, a nawet kości wołowych.

Jego rysunki i akwarele o tematyce morskiej do dziś są ozdobą łebskich tawern, barów i mieszkań prywatnych.

W 2004 roku został wydany kalendarz „Łeba w akwareli Ryszarda Cenckiewicza”.

Zmarł w 2004 roku.

Władysława i Michał Boboryccy

Władysława i Michał Boboryccy przyjechali do Łeby w styczniu 1949 roku. Michał Boborycki pochodził z gminy Wysokie Litewskie w woj. poleskim (obecnie na pograniczu Polski i Białorusi), a Władysława z Nurca ze wsi Zalesie. Gdy przyjechali do Łeby, Władysława miała 24 lata, a Michał 27.

Ich pierwszym miejscem zamieszkania był dom przy ul. Powstańców Warszawy. W 1953 roku pradziadkowie przeprowadzili się do domu przy ul. 1 Maja. Prababcia nie pracowała, ponieważ w późniejszych latach urodziła 8 dzieci, a pradziadek początkowo pracował w Centrali Rybnej, a później udało mu się uzyskać pracę palacza w Rybmorze.

Michał Boborycki zmarł 7.10.1992 roku, a Władysława 3.05.2015.

Rodzina Niemki i tego ładnego Polaka

Ilona oraz Hieronim, Andrzej i Marek to dzieci Marii i Jana Błaszczyków. Ich rodzinne mieszkanie w charakterystycznym ceglanym bloku przy ul. Powstańców Warszawy jest w rodzinie od samego początku, tzn. odkąd ten blok został w latach 30-tych pobudowany (w zamyśle projektantów – jako zamknięcie przykościelnego placu). Na niemieckim wykazie mieszkańców bloku przy Marktstr. jest rzetelnie odnotowane nazwisko „Masureck”.

To właśnie z okna tego mieszkania Maria Masureck po raz pierwszy ujrzała Jana Błaszczyka. Było to 2 lipca 1945 roku. W Łebie było już sporo pierwszych polskich osadników, ale niemieckich łebian ciągle znacznie więcej – prawie same kobiety oraz starcy i dzieci. 2 lipca nowi łebianie wzmacniali ducha swojej niewielkiej, świeżej wspólnoty pierwszym na „ziemi odzyskanej” Świętem Morza. W uroczystym pochodzie przemierzali całe miasteczko od jego południowych krańców do morskiego brzegu. Gdy przechodzili koło dworca, z pociągu wysiadł właśnie Jan Błaszczyk, który przyjechał z Torunia ze skierowaniem do pracy na poczcie w Łebie. Przybysz zapytał ludzi z pochodu, gdzie poczta. A my tam zaraz będziemy przechodzić, proszę iść z nami – poinformowali zapytani. No i Jan Błaszczyk z walizką w ręce dołączył do pochodu. Pochód z dworca wszedł w ulicę Kościelną, by wyjść na Kościuszki.

Moja mama z babcią patrzyły na świętujących polskich łebian z okna swojego mieszkania – przywołuje rodzinne wspomnienie Ilona Błaszczyk. – Mama zobaczyła wtedy po raz pierwszy tatę i powiedziała do babci: zobacz na Polaków, oni w tym pochodzie idą nawet z walizkami.

Ale chyba nie tylko ze względu na walizkę Jan Błaszczyk został wówczas zauważony przez mamę i córkę Masureck. Nie wiedzieć kiedy, nazwały go „tym ładnym Polakiem”.

Babcia – opowiada Ilona – pochodziła ze Śląska i umiała trochę mówić po polsku. Wkrótce zaczęła namawiać Jana Błaszczyka, który pomieszkiwał gdzieś służbowo, aby zajął pokój w ich mieszkaniu przy ul. Rynkowej. Babci chodziło przede wszystkim o to, aby Polak chronił ich przed Rosjanami. I tak się stało. Od tego czasu, gdy tylko u drzwi mieszkania pojawiali się Rosjanie, to odprawiał ich zawsze Jan Błaszczyk mówiąc, że tu już są Polacy.

Pierwsza duża grupa Niemców wysiedlona została z Łeby 9 maja 1946 roku, wcześniejsze wyjazdy niemieckich łebian były organizowane na własną rękę, a zdarzały się też i ucieczki – głównie ze strachu przed Rosjanami. Babcia Masureck jednak nie spieszyła się z powrotem do Niemiec. W Łebie czekała na wiadomość o mężu przepadłym na froncie. Długo czekała, ale warto było: okazało się, że mąż żyje i czeka na żonę w Niemczech. Pani Masureck wyjechała w 1955 roku, w ostatnim już transporcie, w ramach łączenia rodzin.

W Łebie, w bloku przy ul. PZPR (to kolejna z nazw obecnej ul. Powst. Warszawy) pozostała rodzina Jana i Marii Błaszczyków.

Tak, jak Madonna Pechsteina symbolicznie połączyła dzieje niemieckiej i polskiej Łeby, tak rodzina Jana i Marii Błaszczyków dała naszemu miastu i parafii realną ciągłość obywatelską i wyznaniową.

W niemieckiej, urzędowo protestanckiej Łebie, Masurkowie byli jedną z trzech tylko, a okresowo nawet dwóch rodzin katolickich. Obecna świątynia była wówczas protestanckim zborem, a najbliższy i jedyny w okolicy kościół katolicki znajdował się w Lęborku. Był to kościół św. Jakuba. Tam jeździli Masurkowie wraz z pozostałymi katolickimi łebianami na Msze św., do spowiedzi oraz dla innych sakramentów. Większą wyprawę trzeba było organizować na Wielkanoc. Aby uczestniczyć w porannej Rezurekcji, Masurkowie jechali do Lęborka pociągiem już w sobotę wieczorem, nocowali w hotelu i rano udawali się do kościoła.

W roku 1945, gdy Łeba stawała się polska i o. Mieczysław Cieślik OMI rozpoczął budowę pierwszej polskiej katolickiej parafii w Łebie, kościół jeszcze przez rok pozostawał protestanckim zborem, a katolicy modlili się w doraźnie przysposobionych kaplicach. Najpierw w starym przedszkolu, a później w obecnym kinie. Panie Masurek jako jedyne spośród tutejszych Niemców tworzyły wówczas w tych osadniczych kaplicach wspólnotę modlitwy razem z Polakami. Reszta niemieckich łebian chodziła do zboru. Pierwsze spotkania Marii i Jana to były właśnie spotkania na modlitwie w katolickiej kaplicy Polaków.

Pomimo tego niemiecko – polska rodzina nie miała łatwego życia. Hieronim, najstarszy z dzieci Jana i Marii, który odziedziczył imię po dziadku Mazurku, policjancie z przedwojennej Łeby, wspomina, że kiedyś w szkole któryś z kolegów wołał za nim „Niemiec”. I nie trzeba wyjaśniać, jak zwłaszcza wtedy, krótko po wojnie, to się kojarzyło. Ale później tenże kolega okazał się najlepszym kompanem Hieronima w wyszywaniu serwetek u Błaszczyków na strychu.

Trzy lata po wyjeździe babci Masurek do Niemiec, w lutym 1958 roku, Błaszczykowie pojechali tam w odwiedziny. Po powrocie było przepytywanie rodziny przez przedstawicieli władzy ludowej. Hieronim pamięta, że był sam w domu, gdy „jakiś pan” przyszedł i pytał o wyjazd do Niemiec, rozglądając się po mieszkaniu.

Po Hieronimie kolejno urodzili się: Andrzej, Ilona i najmłodszy Marek.

Moje niezmienne, choć lekko zatarte upływem czasu skojarzenie z braćmi Ilony – to trójka przystojnych ministrantów. Hieronim, poproszony o zweryfikowanie tego skojarzenia (oczywiście co do ministrantury, a nie przystojności) potwierdza, że był ministrantem. Zaciągnął mnie kolega Szydlik – mówi. – A i mama namawiała.

Andrzej i Marek też byli ministrantami. W rodzinnym mieszkaniu przy ul. Powst. Warszawy na starej szafce stoi jeszcze ołtarzyk, przy którym bracia „bawili się w księdza”. Tradycyjnej „kolędzie” zawsze towarzyszyło zdziwienie dzieci Błaszczyków, że ksiądz modli się przy świecach i krzyżu na stole, a nie przy ich ołtarzu na szafce.

Korci mnie jeszcze poprowadzić dalej Czytelników po łebiańsko ujmujących wspomnieniach Ilony i Hieronima. I zrobię to, bo warto, ale będzie to już w odrębnym kawałku tekstu w którymś z następnych wydań Ichtys.

A to spotkanie z „Rodziną Niemki i tego ładnego Polaka” zakończę podziękowaniem za tę Rodzinę w naszej parafii. Za ciągłość, którą dała Łebie.

I za stałość postawy budującej.

PS. W pierwszej części artykułu o Rodzinie Błaszczyków używałam formy nazwiska „Masureck”, którą wzięłam z niemieckiego biuletynu Związku Byłych Łebian. Ale w rodzinnych dokumentach jest „Masurek”. I to jest właściwa forma.

Bilińska Marta

Bilińska Marta urodziła się w 1907 roku w Brodnicy. Do Łeby przyjechała sama w 1945 roku. Najpierw zamieszkała przy ul. 1. Maja, następnie na Świerczewskiego, Obrońców Westerplatte, Powstańców Warszawy ( w Ośrodku Zdrowia), a w 1954 roku przeniosła się do domu przy ul. Kościuszki.

Pani Marta gotowała dla Straży Granicznej. Później sprzątała w Urzędzie Miejskim, przygotowywała posiłki dla dzieci w przedszkolu, a w międzyczasie robiła tłumaczenia z języka niemieckiego dla milicji.

Krystyna i Bernard Bemowscy

Krystyna i Bernard Bemowscy przyjechali na stałe do Łeby w 1962 roku z Nowęcina. Tam przenieśli się z Lędowa ( poczta Wiślino) koło Gdańska.

W Łebie Bernard Bemowski zatrudnił się w Ośrodku Częstochowskich Zakładów Przemysłu Lnianego „Stradom”. Był pracownikiem gospodarczym aż do emerytury.

Krystyna Bemowska pracowała razem z mężem w tym samym ośrodku .

W 2004 roku ośrodek zlikwidowano.

Dziś na miejscu „Stradomia” znajduje się ośrodek „Arena Słońca”.

Janina i Kazimierz Baszura

Janina Baszura z domu Podolak urodziła się 27.06.1927 roku w Wysokim (powiat Krasnystaw, woj. lubelskie).

W 1943 roku wyjechała do Niemiec na roboty przymusowe. Pojechała na wymianę za siostrę. Siostra Marianna Jarosz urodziła dziecko i powróciła do kraju.

Janina Podolak była w Niemczech do końca wojny. Po powrocie wraz z rodzicami i rodzeństwem wyjechała na tzw. ziemie odzyskane do Lubska (woj. zielonogórskie). Tam zapoznała męża Kazimierza Baszurę.

W 1947 roku Janina i Kazimierz zawarli związek małżeński w kościele katolickim w Lubsku.

W 1949 roku z rodzicami przyjechali do Łeby i w tym samym roku zawarli ślub cywilny. Rodzice zamieszkali przy Placu Dworcowym, a Baszurowie przy ulicy Powstańców Warszawy.

W tym domu był stary, nieczynny młyn. Należał on do Zakładów Zbożowych. Kazimierz Baszura był w nim pracownikiem. W młynie był czynny śrutownik, w którym mieliło się zboże na paszę dla zwierząt.

Kazimierz Baszura przed wojną służył w wojsku w Lublinie. W czasie wojny był w partyzantce. Był kombatantem. Imał się różnych prac. Pracował przy robotach drogowych oraz w magazynie spożywczo-odzieżowym przy załadunku towarów. Rozwoził piwo do sklepów konikiem Bułanka z rozlewni piwa przy ulicy Kościuszki. Pracował w Centrali Rybnej w Łebie przy wędzeniu ryb.

W 1957 roku Baszurowie wyjechali z Łeby do Dąbrowy Leśnej (woj. zielonogórskie) na gospodarstwo rolne. Potem przenieśli się do miasta Lubska.

W 1961 roku powrócili do Łeby. Kazimierz zatrudnił się w Gdańskim Urzędzie Morskim w Łebie i pracował na wydmach. Później zatrudnił się na koloniach letnich GUM w charakterze dozorcy. W 1970 roku zachorował i przeszedł na rentę chorobową. Dorabiał na emeryturze wędzeniem ryb, dopóki pozwoliło mu zdrowie.

Zmarł w wieku 95 lat w 2011 roku w Łebie.

Janina, żona Kazimierza, przez dwa lata pracowała w zieleńcach, tzw.”komunalce”. Oprócz tego zajmowała się domem i dziećmi.

Rodzice uprawiali działkę, mieli krówkę, drób, świnki, hodowali lisy – takie małe gospodarstwo. Wówczas większość rodzin tak żyła. Wychowali czwórkę dzieci.

W 1971 roku Janina poszła do pracy jako dozorca na kolonie letnie GUM w Łebie.

W wieku 60 lat przeszła na emeryturę. Zmarła w wieku 82 lat w 2009 roku w Łebie.