Aleksandra Puchacz urodziła się w 1988 roku i mieszkała w Łebie do 16 roku życia. Następnie przeprowadziła się do Gdyni, gdzie uczęszczała do Liceum Plastycznego. W 2013 roku ukończyła studia projektowania biżuterii na Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi ( wzornictwo, Wydział projektowania ubioru i odzieży).
Projektowaniem oraz tworzeniem biżuterii zajmuje się od 10 lat. Od pięciu lat posiada w Łebie własny warsztat jubilerski zaopatrzony m.in. w piec jubilerski do wypalania emalii oraz porcelany. Tworzy autorską markę biżuteryjną, której estetyka opiera się na połączeniu designu i sztuki rzeźbiarskiej. Jej każdy projekt ma wyjątkowy charakter ze względu na ręczne wykonanie oraz zastosowanie unikalnych materiałów najwyższej jakości.
Projektantka w swoich realizacjach chętnie sięga po szlachetną porcelanę, którą w stylowy sposób osadza w srebrze i mosiądzu. Wykonywana w oparciu o tradycyjne techniki tworzenia ceramiki masa porcelanowa jest kształtowana, suszona, szlifowana, a następnie wypalana w wysokich temperaturach na tzw. biskwit, co nadaje jej charakterystyczny, matowy wygląd oraz odpowiednią trwałość.
Biżuteria Aleksandry Puchacz to harmonijne połączenie oryginalnego wzornictwa z funkcjonalnością i jakością wykonania.
Jej pracownia oferuje własne, oryginalne wzornictwo, ale realizuje również prace na życzenie Klientów, według ich uwag i wzorów. Wykonuje usługi jubilerskie w zakresie przerobu i naprawy biżuterii ze złota oraz srebra. Dodatkowo zajmuje się oprawą kamieni szlachetnych, obróbką bursztynu, czyszczeniem lub kompleksowym odświeżaniem biżuterii, która straciła swój blask.
Prace Aleksandry Puchacz można zobaczyć na stronie: aleksandrapuchacz.pl, facebooku: facebook.com/aleksandra.puchacz oraz Instagramie: instagram.com/aleksandrapuchaczjewellery
Moi rodzice pochodzą z miejscowości Mietniów, małej wioski pod Wieliczką. Rodzice pobrali się w listopadzie 1932 roku. Mama otrzymała od swojego ojca pół hektara ziemi w Śledziejowicach i tam rodzice postanowili zbudować mały dom dla siebie i przyszłej rodziny. Na budowę domu kupili od górali drewno. Wybuchła wojna i utrzymanie rodziny było coraz trudniejsze. Rodzice mieli już dwoje dzieci – w roku 1933 urodziła się Leonarda, a w 1937 na świat przyszedł Edward. Ojciec dostał wezwanie do pracy w kopalni soli w Wieliczce. Tata był z zawodu cieślą, więc skierowano go do budowy urządzeń pod przyszłe hangary lotnicze w kopalni. Utrzymanie domu spadło na barki mamy – Stefanii Kurowskiej. Żeby zarobić pieniądze na zakup żywności, mama hodowała krowę, kozy, kury, gęsi i jakoś udawało się przetrwać trudne czasy. Pomagała sobie trochę szyciem i tak wiązała koniec z końcem. W roku 1940 na świat przyszedł Kaziu, chłopczyk chorowity, który w wieku trzech lat zmarł na czerwonkę. W grudniu 1942 roku urodził się Tadeusz. W domu było więc już troje dzieci. Czasy były trudne, dawało znać o sobie niedożywienie dzieci i właśnie wtedy zachorowała najstarsza córka Lusia. Tata niósł ją na plecach do szpitala w Prokocimiu. Lusia zachorowała na dyfteryt i błonicę. Lekarzom udało się wyprowadzić ją z tej choroby, ale pozostały problemy z nogami i długo nie mogła normalnie chodzić. Później mama powiedziała, że zdrowie i życie swojej córki zawdzięcza opiece Matki Boskiej. Z wdzięczności za opiekę nad nią mama ufundowała poduszkę wotywną, uszytą przez siostry zakonne w Krakowie. Poduszka miała monogram “Maria” i często była noszona podczas procesji w kościele w Łebie.
Tymczasem w kopalni soli Niemcy nadzorowali budowę urządzeń. Robotnicy zaczęli prowadzić działania sabotażowe i udało im się wysadzić w powietrze drewniane pomosty i windy. W odwecie Niemcy zaczęli strzelać do przebywających w podziemiu polskich i żydowskich robotników. Tacie udało się wydostać z kopalni i próbował przedostać się do domu. Niestety został złapany i z dużą grupą mężczyzn zabrany, a właściwie pędzony pod lufami karabinów do miejscowości Bochnia. Z tamtejszego dworca miał być z całą grupą wywieziony do Niemiec. Mamie udało się odnaleźć tatę i za obrączkę, koszyk jajek, ser i chleb “wykupiła” go od jakiegoś starszego Niemca, który pilnował jeńców. Oboje z tatą pod osłoną nocy, przez lasy i pola uprawne, dostali się do domu. Tata przez jakiś czas ukrywał się w piwnicy i tak dotrwał do końca wojny. Tuż po wyzwoleniu Wieliczki (luty 1945) w mieście tym brakowało miejsc pracy, a władze polskie nawoływały do wyjazdów na tzw. ziemie odzyskane. „Za chlebem” ludzie przemieszczali się po całym kraju.
W czerwcu 1945 roku Ludwik Dańda ze swoim pasierbem Franciszkiem Kurowskim wybrali się na „ziemie odzyskane”. Przyjechali na wybrzeże i trafili do Kołobrzegu. Miasto było bardzo zniszczone, same gruzy i zgliszcza. Postanowili więc poszukać innego miejsca. W drodze powrotnej dojechali do stacji Lębork. Tutaj pociąg skończył bieg. Zmęczeni i głodni czekali na pierwszy pociąg, który przyjedzie na stację. Okazało się, że pociąg ten jechał do Łeby. Był czerwiec 1945 roku. Obaj panowie postanowili tutaj zacząć nowy etap życia.
W Łebie była placówka wojsk radzieckich i sprawujący władzę komendant oraz polski burmistrz. Franciszek Kurowski ze swoim ojczymem byli pionierami w pierwszej dwudziestce łebskich osadników. W budynku przy obecnej ul. Powstańców Warszawy mieszkała niemiecka rodzina Rieschke. Tam też były pozostawione archiwa niemieckiego biura pracy (arbeitsamt), stosy makulatury i totalny bałagan. Franciszek Kurowski dostał przydział na jeden pokój, a od 1946 roku, po wysiedleniu rodziny niemieckiej, otrzymał kuchnię i lokal na sklep.
W międzyczasie Ludwik Dańda sprowadził rodzinę z Rożnowej i objął gospodarstwo rolne oraz dom przy ul. 3 Maja (obecnie Nowęcińskiej). Jako inwalida wojny rosyjsko-japońskiej, były pracownik kopalni soli w Wieliczce, człowiek z przedwojennym, średnim wykształceniem, Ludwik Dańda wykorzystując swoje znajomości pomagał pasierbowi w prowadzeniu handlu.
W grudniu 1945 roku do Łeby przyjechała mama – Stefania Kurowska wraz z dziećmi: Lusią, Edwardem i Tadeuszem. Od tego czasu moi rodzice zamieszkali w Łebie już na stałe. Na początku wspólnie prowadzili sklep, ale tata musiał zająć się zaopatrzeniem sklepu w towary. W sklepie można było dostać towary sprowadzane z hurtowni Pana Wójcika z Lęborka oraz między innymi słodycze z firmy „Piasecki” z Krakowa, a także inne potrzebne do życia produkty. Żeby jakoś żyć, mama chowała w stajni dwie krowy, owce, kury, gęsi i kaczki. Mleko oddawała do mleczarni, a w zamian dostawała masło. W domu było “swoje” mleko, jajka, śmietana oraz mięso drobiowe.
Dzieci rozpoczęły naukę w szkole w Łebie. Szkoła mieściła się w budynku przy obecnej ulicy Obrońców Westerplatte. Lusia skończyła tutaj szóstą klasę. Potem opowiadała, że razem z nią w klasie byli uczniowie w różnym wieku i pochodzący z różnych stron kraju. Jedni wrócili z wojska, inni wraz z rodzicami przyjechali z terenów Ukrainy lub Związku Radzieckiego. W Łebie osiedlili się ludzie, którzy szukali tu możliwości do przeżycia tych trudnych, powojennych czasów. Moi rodzice dalej prowadzili sklep, ale w kraju zaczynały się zmiany polityczne i gospodarcze. Coraz trudniej było o towary do sklepu, coraz częściej do prywatnych sklepów nasyłane były kontrole, które kończyły się nakładanymi mandatami za byle co, coraz większe podatki. Wszystkie te działania miały na celu upaństwowienie prywatnej działalności. W 1949 roku mama urodziła córeczkę Dorotę. Dwoje rodziców, czworo dzieci. Mama musiała więcej czasu poświęcać dzieciom. Mimo, że rodzice ciężko pracowali w domu i sklepie, to coraz trudniej było związać koniec z końcem. Koło domu mama założyła mały ogródek i sadziła tam warzywa. Wreszcie na początku 1950 roku tata zamknął sklep. Pozostałe towary ze sklepu chciał sprzedać do innych placówek handlowych, ale się nie udało. Do dzisiejszego dnia na strychu są pozostałości po sklepie (gwoździe, kawałki łańcuchów, śruby, kawałki szarego mydła itp.)
Przez sześć miesięcy tata pozostawał bez pracy. To były czasy działalności PZPR i jeśli nie było się członkiem partii, to bardzo trudno było dostać pracę. Moja najstarsza siostra Lusia dojeżdżała do pracy do Lęborka i do jej obowiązków należało kontrolowanie pracy księgowości w gospodarstwach rolnych. To była trudna praca. Lusia musiała jeździć po różnych wsiach i czasami nie miała dojazdu powrotnego do domu. Po pewnym czasie udało jej się zatrudnić w aptece pani Reiff w Łebie. Pracowała jako księgowa i zaopatrzeniowiec. Tak więc na jej i rodziców barkach spoczywał ciężar utrzymania domu.
Franciszek Kurowski po pół roku dostał pracę kasjera w Prezydium w Łebie. Potem pracował jako dróżnik od nadzoru bezpieczeństwa na torach kolejowych na trasie Łeba-Stęknica. Były to prace doraźne. W końcu tacie udało się zatrudnić w Spółdzielni Pracy i Rybołówstwa Morskiego “ARKA” – baza w Łebie. Tam pracował jako magazynier od maja 1951 roku do sierpnia 1953 roku. Później zmienił się właściciel zakładów i od września 1953 roku zakład nosił nazwę Spółdzielnia Przetwórstwa i Rybołówstwa Morskiego “GRYF” – baza w Łebie. Tata zapisał się do Związków Zawodowych Marynarzy i Portowców. Pracował na stanowisku magazyniera – przyjmował z kutrów rybę i zakwalifikowywał ją do odpowiedniej klasy.
W październiku 1953 roku na świat przyszła córka Małgorzata. W tym czasie tata wydzierżawił od miasta łąkę za kanałem (teren późniejszego INTERKAMPU) i tam wypasane były krowy i owce.
Zakład pracy, w którym pracował tata ponownie zmienił nazwę na „Spółdzielnia Przetwórstwa i Rybołówstwa Morskiego im.10 – lecia PRL” w Łebie. Ta nazwa uległa modyfikacji na “ 25 – lecia PRL” w Łebie, a potem na “RYBMOR”. Tata, po latach doświadczenia, ukończenia kursów i innych szkoleń uzyskał stopień kierownika – magazyniera surowców. W latach sześćdziesiątych starszy brat Tadeusz rozpoczął praktykę na kutrze i został młodszym rybakiem. To był dodatkowy zastrzyk gotówki dla domu. Po latach pracy w Łebie wyjechał do Świnoujścia i rozpoczął pracę w Zakładzie Przetwórstwa Dalekomorskiego jako bosman na m/s TUNEK. Rejsy trwały po pół roku, a połowy odbywały się na Morzu Północnym koło Alaski.
Tymczasem w Łebie powstały fermy zwierząt futerkowych. Tata też założył fermę na łące za kanałem. Dochód z hodowli lisów był wielką loterią. Raz się udało, a drugi raz nie.
Stefania i Franciszek Kurowscy nigdy nie dorobili się majątku, ale ciężko pracując dali swoim dzieciom coś bezcennego – wykształcenie. Każde z ich dzieci pokończyło studia i pracowało na odpowiedzialnych stanowiskach. W 1958 roku mama urodziła bliźniaczki. Niestety jedna z nich (Marysia) umarła po trzech miesiącach na zapalenie opon mózgowych. Druga z bliźniaczek (Marta) ukończyła podstawówkę w Łebie, Technikum Łączności i Telekomunikacji w Gdańsku, a potem wraz z mężem wyjechała do Kanady.
Po latach ciężkiej pracy moi rodzice podupadli na zdrowiu. Tata złożył podanie o przejście na emeryturę i od 30 kwietnia 1977 roku nabył do niej uprawnień. Mama nie miała wypracowanych lat pracy zawodowej, więc nie miała podstaw do uzyskania uprawnień emerytalnych. W zamian za połowę renty rolniczej, rodzice postanowili oddać dzierżawione łąki.
Ciężka praca, nadmiar obowiązków oraz trudne warunki życia spowodowały, że u moich rodziców pojawiły się choroby wieku starczego. Tata dostał rozedmy płuc i niewydolności układu krążenia. Zmarł w szpitalu w Lęborku w dniu 20 stycznia 1990 roku. Mama przeżyła jeszcze siedem lat i po długiej chorobie zmarła 12 lipca 1997 roku.
Oboje moi rodzice byli ludźmi bardzo pracowitymi, uczciwymi i żyjącymi według zasad kościoła katolickiego. Zawsze byli razem. Przeżyli ze sobą pięćdziesiąt lat i 20 września 1983 roku zostali odznaczeni na sesji Miejskiej Rady Narodowej złotymi medalami za długoletnie pożycie małżeńskie.
Mój tata Krzysztof Chrostowski pochodził z Łęczyc, miejscowości położonej koło Lęborka.
W Łęczycach ukończył szkołę podstawową i w 1977 roku rozpoczął naukę w Zasadniczej Szkole Górniczej w Tychach. Po zakończeniu nauki podjął pracę w Kopalni Węgla Kamiennego „Piast” w Tychach na stanowisku młodszy górnik.
W 1984 roku, po śmierci swojej mamy, zrezygnował z pracy w kopalni i postanowił wrócić do Łęczyc. W tym samym roku otrzymał powołanie na dwuletnią służbę do wojska.
W listopadzie 1986 roku tata zatrudnił się w Spółdzielni Pracy Przetwórstwa i Rybołówstwa Morskiego „Rybmor” w Łebie. Rozpoczął pracę na kutrze na stanowisku młodszy rybak i w ten sposób związał swoje życie zawodowe z morzem na ponad 20 lat.
W 1989 roku poznał moją mamę Beatę, z którą ożenił się rok później, jednocześnie zostając mieszkańcem Łeby.
W Rybmorze na kutrach tata pływał przez 9 lat. Po likwidacji zakładu, w 1994 roku wraz ze wspólnikiem odkupił kuter o numerze „ŁEB-2”. Pływał na tym kutrze do roku 2009.
Brak rentowności zmusił tatę do podjęcia decyzji o złomowaniu kutra.
Tata bardzo lubił swoją pracę na morzu i dlatego chętnie podnosił swoje kwalifikacje, stając się z czasem starszym rybakiem, a następnie szyprem. Często wspominał rejsy na duńską wyspę Bornholm oraz opowiadał różne historie, które zdarzały się podczas połowów na morzu. W większości były to zabawne anegdoty, ale zdarzały się także historie niebezpieczne i straszne. Tata chciał pływać na kutrze do emerytury, jednak czynniki ekonomiczne wymusiły na nim przekwalifikowanie zawodowe.
Zdecydował, że zostanie zawodowym kierowcą, ponieważ lubił jeździć samochodem. Po zdobyciu odpowiednich kwalifikacji, pracował w tym zawodzie do swojej śmierci.
Tata zmarł we wrześniu tego roku. Mimo, że lubił siedzieć za kierownicą i podobała mu się ta praca, to jednak brakowało mu pracy rybaka i morza.
Zamieszkała w Łebie w 1952 roku. W 1961 roku ukończyła Studium Nauczycielskie w Gdańsku, kierunek: muzyka i śpiew, a w 1981 roku Wyższe Studia Zawodowe – kierunek: wychowanie muzyczne.
W 1958 roku podjęła pracę w Szkole Podstawowej w Łebie. W tym samym roku założyła dziecięcy chór „Muszelki, który początkowo liczył 46 osób. Była kierownikiem artystycznym i dyrygentem chóru do 1986 roku.
Jej chór odnosił sukcesy na scenach wojewódzkich, regionalnych i krajowych. „Muszelki” uczestniczyły w każdych zorganizowanych eliminacjach chórów szkolnych. Wielokrotnie zajmowały I miejsce. W 1980 roku chór otrzymał I miejsce w konkursie chórów szkolnych a’cappella oraz Dyplom Honorowy Zdobywcy Pucharu Przechodniego od Zarządu Oddziału Słupsk PZCHiO.W 1984 roku chór zdobył „Brązową Jodłę” na XI Festiwalu Pieśni Harcerskiej w Kielcach.
Chór swoim różnorodnym programem – pieśnią szkolną, patriotyczną, obrzędową swojego regionu i artystyczną uświetniał wszystkie uroczystości szkolne i środowiskowe. Aktywnie uczestniczył w imprezach kulturalnych na terenie miasta, powiatu, województwa i makroregionu
W latach 1991-1994 Teresa Trylewicz pełniła funkcję ławnika w Sądzie Rejonowym w Lęborku.
W lutym 1994 roku założyła chór „Echo”. Chór prezentował pieśni sakralne, patriotyczne i ludowe. Jego dobrany skład i zaangażowanie owocowały licznymi występami, które urozmaicały obchody świąt, rocznic kościelnych i państwowych.
Chór swoją działalność opierał na pracy społecznej ogółu członków i działaczy – mieszkańców Łeby, niezależnie od wieku pasjonatów śpiewu chóralnego. Upowszechniał piękno i wartości moralne płynące z muzyki, wnosił swój wkład do kultury narodowej i ogólnopolskiej. Zakończył swoją działalność w 2015 roku.
Za swoją pracę oraz zaangażowanie Teresa Trylewicz była wielokrotnie odznaczana.
Za pracę pedagogiczną otrzymała:
– Złotą Odznakę ZNP,
– Złoty Krzyż Zasługi,
– Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski „Polonia Restituta”,
– Odznakę „Nauczyciel – wychowawca młodzieży”,
– Odznakę „Zasłużony Działacz Kultury”,
a za pracę społeczną:
– medale z okazji 650-lecia Miasta Łeby i XX – lecia samorządu terytorialnego,
– odznakę honorową „Za zasługi dla województwa słupskiego”,
– podziękowanie za pracę, niezłomność i konsekwencje w działaniu od słuchaczy UTW w Łebie.
W 2013 roku,będąc już na emeryturze, Teresa Trylewicz zajęła I miejsce w II Mistrzostwach Nordic Walking na dystansie 10 km.
Mój dziadek Mieczysław Kijaczko był zwyczajnym człowiekiem. Niczym się nie wyróżniał wśród mieszkańców Łeby. Przez całe życie ciężko pracował, wychował pięcioro dzieci, a przede wszystkim szanował ludzi i zawsze im chętnie pomagał.
Te wartości wpoił swoim dzieciom. Przez to kim był i jak ciężkie miał życie, dla mnie dziadek Mietek jest osobą niezwykłą.
Dziś dziadka już nie ma. Pozostały po nim wspomnienia, zdjęcia, dokumenty, odznaki i obozowa łyżka, bo dziadek przeżył sowieckie łagry.
„Urodziłem się w 1931 roku w miejscowości Mosznie, gmina Szydłowice, powiat Wołkowysk.” – tak rozpoczyna swoją opowieść dziadek na kartach pamiętnika.
„Do szkoły podstawowej zacząłem uczęszczać w roku 1937. Miałem wtedy 6 lat. Ukończyłem 2 klasy polskiej szkoły podstawowej, a potem wybuchła II wojna światowa. Zaczęły spadać bomby. Chowaliśmy się w piwnicach i oczekiwaliśmy frontu z Zachodu. Tymczasem pojawiły się bolszewickie czołgi ze Wschodu, które przekroczyły naszą granicę 17 września 1939 roku. Gdy przyszli Ruskie, to otworzyli szkołę dla Polaków i zaczęli nas uczyć rosyjskiego. Byłem dobrym uczniem,
więc po dwóch miesiącach przenieśli mnie do 3 klasy. Chodziłem do szkoły w roku 1939, 1940 i 1941, a potem znów wybuchła wojna.
22 czerwca 1941 roku Niemcy napadli na Związek Radziecki i na tereny nasze dotarli 29 czerwca. Wtedy dla polskich dzieci szkoły były zamknięte. Niemcy okupowali nasze tereny ponad 3 lata, a później znów przyszli Ruskie. Ja „przerosłem naukę”. Byłem przy rodzicach i pomagałem na gospodarstwie.
Ruskie, gdy zajęli nasze tereny, to przez 5 lat nie brali do wojska. Jako pierwszy powołano mój rocznik – 1931, ale my nie chcieliśmy służyć u Ruskich.
Wielu Polaków zastrzelili, a reszta ukrywała się. 10 kwietnia 1951 roku zostałem powołany do odbycia służby wojskowej w Armii Radzieckiej. A mój ojciec służył
w Legionach Polskich. W 1920 roku walczył z bolszewikami. I zawsze mi powtarzał: „- Synu, jesteś Polakiem, nie będziesz służył w sowieckiej armii. Czasy muszą się zmienić”.
Posłuchałem ojca i nie stawiłem się na wezwanie do armii. Postanowiłem się ukrywać. Ludzie mówili, że „Polska przyjdzie na nasze tereny przedwojenne”.
Dnia 16 czerwca 1951 roku, to był czwartek, wstałem rano. Słoneczko pięknie świeciło i był przygruntowy przymrozek. Zieloną trawkę przykrywał biały szron. Stałem z mamą na dworze, bo ojciec leżał chory i rozmyślałem, gdzie pójść.
Mama zapłakała, a ja ruszyłem w drogę.
Nie wiedziałem, co się ze mną stanie.
Ukrywałem się po lasach 8 miesięcy: od 16 kwietnia do 20 grudnia 1951 roku. Rosjanie robili obławy na tzw. dezerterów. Ukrywaliśmy się z kolegami, gdzie się dało: w lasach, stodołach, zbożu. W końcu jednak 22 stycznia 1952 roku zostałem aresztowany. Potraktowany jak dezerter, w imieniu ZSRR otrzymałem wyrok 6 lat pozbawienia wolności.
Pierwszy etap kary rozpoczął się w więzieniu w Wołkowysku, następnie wywieziono mnie do Orszy. Było to więzienie przejściowe. Zwozili tam więźniów ze wszystkich stron. W Orszy przesiedziałem 2 tygodnie. Ci, którzy mieli wyroki od 5 do 10 lat byli przeznaczeni do ciężkiej pracy: w kopalniach, na budowach, przy wyrębach lasów, na kolei, przy budowach kanałów, w tartakach. Po nich przyjeżdżali kupcy.
Wśród tych więźniów byłem ja. Trafiłem do budowy kanału Wołga-Don. Wywieziono nas do obozu roboczego za Stalingrad. Tam mieliśmy kopać kanał i budować śluzy na odcinku Wołga-Don.
Ze Stalingradu jechaliśmy pociągiem. Gdy przybyliśmy na miejsce, to gonili nas szosą 5 kilometrów pieszo. Obóz był na wysokiej górze. Koło obozu stał namiot,
a w nim siedziała starszyzna z obozu i paliły się piecyki – koksowniki. Staliśmy pół dnia na dworze. A tu śnieg i mróz! Pozabierali nam dokumenty, przeliczyli nas,
a potem otworzyli bramę, na której był napis: „Praca daje ci wolność”.
Tam jeszcze orkiestra stała i grała na nasze powitanie.
Kanał kopaliśmy z Donu do Wołgi 113 km, 17 śluz. Ja pracowałem na 6 śluzie. Budowa kanału zaplanowana była na 5 lat, a więźniowie zbudowali go w 3 lata. Obiecali nam, że pójdziemy na wolność jak tylko skończymy budowę. To dodawało nam sił. Pracowaliśmy po 20 godzin dziennie, aby tylko szybciej skończyć.
Późniejsza rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Pod koniec czerwca 1952 roku wywieziono nas w kierunku Dniepropietrowska
do kolejnego obozu. Tam pracowałem jako murarz przy budowie miasta Chmielnicki. W międzyczasie zmarł mój ojciec. Po 3 miesiącach od jego śmierci siostra zawiadomiła mnie o tym w liście. Tata czekał na mój powrót i nie doczekał.
W łagrze było 12 tysięcy ludzi. Gdy wyszła amnestia, to część poszła na wolność – dziesięć i pół tysiąca osób. W obozie zostało jakieś półtora tysiąca ludzi. Wśród nich ja. Nas nie wypuszczali.
Mnie potrzymali do 18 maja 1953 roku. Chodziłem do biura pytać, to mi odpowiadali, że mój paragraf nie podlega pod amnestię. Szykowaliśmy się do wywózki na Syberię, bo mówili nam, że będą łagier likwidować.
18 maja 1953 roku wypuścili mnie z łagru do domu. Pierwsze kroki po powrocie skierowałem na cmentarz, na grób ojca.
6 czerwca 1954 roku ponownie powołany zostałem do służby
w Armii Radzieckiej. Nie było już wyjścia. Musiałem iść. Wtedy zawieźli mnie na Sybir – Półwysep Kolski, miasto Siewieromorsk, niezamarzający port nad Morzem Barentsa. Wraz z innymi zamustrowany byłem na okręcie w stopniu starszego marynarza.
W międzyczasie mój wujek przysłał zaproszenie, aby ściągnąć mnie do Polski.
Dzięki tym staraniom 20 grudnia 1956 roku wróciłem do Moszni. W moim domu rodzinnym mieszkali obcy ludzie, gdyż matka z bratem Czesławem była już w Polsce. Swoje kroki skierowałem do siostry Weroniki, która tu jeszcze mieszkała z mężem i dziećmi. Z nimi spędziłem Wigilię.
23 lutego 1957 roku przyjechałem do Łeby, gdzie nareszcie spotkałem się z matką, siostrą Lonią i bratem Czesławem.
Tu zaczynałem życie od nowa.
Po przyjeździe do Łeby pracowałem na stoczni jako mechanik, a później 13 lat
w Państwowym Gospodarstwie Rybackim.
Tam pracowałem jako mechanik i kierowca. Obsługiwałem spawarkę, tokarkę
i za kowala robiłem. W PGR-ach rybackich skończyłem kursy samochodowe
i motorowe. Zwoziłem rybę motorówką po jeziorze.
W 1970 roku poszedłem na morze, bo tam rybacy lepiej zarabiali.
5 lat pływałem u prywaciarza, a potem zatrudniłem się w „Rybmorze”.
Na morzu pływałem przez 16 lat.
Nie raz nasz kuter się topił, ale z opresji zawsze wychodziłem cało.
Pracowałem jako rybak aż do 1985 roku, do momentu, gdy na morzu miałem stan przedzawałowy. Z morza od razu zawieźli mnie do szpitala do Lęborka, a tam mi lekarz powiedział, że mogę się pożegnać z morzem.
Jak skończyłem z rybołówstwem, to zacząłem uprawiać działkę. Musiałem sobie znaleźć jakieś zajęcie.
Mimo upływu dziesiątek lat od tamtych wydarzeń, często myślami do nich powracam. Wspominam atmosferę ciepła i miłości, których doznałem w domu rodzinnym. Od dziecka wpajano mi prawdy świętej wiary i znaczenie takich wartości jak: Bóg – Honor – Ojczyzna. Dlatego, gdziekolwiek losy mnie zagnały, te wartości dawały mi siłę, aby przetrwać…”
25 czerwca 2011 roku dziadek otrzymał z rąk Ministra Kazimierza Plocke medal za pracę na morzu. Miesiąc później zmarł.
Mieczysław Kijaczko (z lewej) podczas pracy na jeziorze Łebsko.
Rodzina Greczków powróciła do Polski w 1921 roku z Tuapse nad Morzem Czarnym.
Tam na Zakaukaziu zostawił swój dom i pacjentów doktor Stanisław Greczko – mój dziadek.
W 1946 roku nasza rodzina po raz kolejny powróciła do Polski. Tym razem z Uścia Zielonego nad Dniestrem, na Ukrainie. Tam zostawił ośrodek zdrowia i pacjentów doktor Lucjan Greczko – mój ojciec.
W grudniu 1946 roku dwa towarowe wagony: jeden z ludźmi, a drugi z krową, przyjechały do Łeby. Wśród ludzi był pierwszy polski lekarz – Lucjan Greczko, który objął z rąk lekarza niemieckiego doktora Heinricha Heise stanowisko lekarza miejskiego i portowego.
W Łebie doktor Greczko nie zagrzał długo miejsca. W 1947 roku opuścił miasto. Osiedlił się w Nowym nad Wisłą i podjął pracę jako lekarz.
Los wielokrotnie rzucał doktora Greczko z miejsca na miejsce. W latach 1953 – 1955 mieszkał w Świnoujściu. Tam rozbudowywał szpital. Później wyjechał do Iławy, następnie powrócił do Nowego, a w 1956 roku na krótko zamieszkał w Łebie. W tym czasie razem z doktorem Julianem Węgrzynowiczem organizował szpital w Lęborku.
Później znów wyjechał z Łeby, by powrócić tu w 1959 roku. Tym razem na stałe. Zamieszkał przy ulicy Powstańców Warszawy. Pracował jako lekarz rejonowy. Następnie podjął pracę w Lęborku i tam w ośrodku zdrowia pełnił funkcję lekarza kolejowego.