Łebianie wszyscy skądś przybyli… Proboszcz

1 września 1945 roku pierwszy polski katolicki proboszcz objął duszpasterstwo w Łebie. Był nim o. Mieczysław Cieślik, Misjonarz Oblat Maryi Niepokalanej.

Przywołane w tym wydaniu Ichtys wspomnienia o. Alfonsa Kupki odkryły nieznane dotąd okoliczności przybycia o. Cieślika do Łeby i skłoniły do poszukiwań dalszych informacji na ten temat. Skąd prowadziła droga o. Mieczysława Cieślika do Łeby?

O. Alfons Kupka wspomina, że kapłan „jechał z Gdańska”. Kronikarz parafialny w ogóle nie pisze „skąd”, za to w literackim stylu tak opisuje początek: „Przyszła chwila, w której za żołnierzem polskim z bronią w ręku ścigającym wroga, wkroczył do Łeby inny żołnierz – kapłan katolicki. Dnia 1 września 1945 r. duszpasterstwo w Łebie objął ks. Mieczysław Cieślik O.M.I.”

Więcej informacji o tym, skąd przybył, znalazłam w historii pierwszego dziesięciolecia parafii, sporządzonej z okazji 10-lecia diecezji gorzowskiej, do której wówczas parafia łebska należała. Z tego źródła dowiedziałam się, że droga o. Cieślika była najdłuższą z łebskich dróg…

Nasz pierwszy proboszcz urodził się 100 lat temu (okrągła rocznica przypada 6 listopada) w Cleveland w stanie Ohio w USA, nad jeziorem Erie, jednym z pięciu Wielkich Jezior Ameryki Północnej. Po przyjeździe do Polski kształcił się w prywatnym Gimnazjum Ojców Oblatów w Lublińcu i jako kleryk w Seminarium Duchownym w Obrze, a w czasie wojny w Krakowie i Kodniu nad Bugiem. Po wojnie przybył do Łeby. Historia 10-lecia parafii przedstawia jego przybycie tak: „Wśród niewielkiej garstki, ale coraz więcej napływających Polaków katolików do Łeby i jej okolicy zza Buga i z całej Polski, bezpośrednio po zakończeniu drugiej wojny światowej, znalazł się też pierwszy ksiądz katolicki Mieczysław Cieślik O.M.I. Wysłany przez swojego przełożonego zakonnego o. Prowincjała Wilkowskiego, uzbrojony błogosławieństwem Administratora Apostolskiego ks. Edmunda Nowickiego z Gorzowa, przybył do Łeby z końcem sierpnia 1945 roku, by jako kapłan pracować wśród braci polskich, by dzielić ich los, bo wiadomo, że gdzie Polak, tam musi być kapłan. Dla polskiej i katolickiej ludności była to niezmierna radość, gdy już była pewna, że ojciec i opiekun duchowy będzie na stałe wśród nich (…) Jemu to więc przypadło organizowanie parafii i życia kościelnego w Łebie”.

Żołnierze strzelali, Pan Bóg kule nosił…

Długo czekałem na taką chwilę, a ona przyszła niespo­dziewanie, taka ciepła i spontaniczna. Zaintonowałem więc pieśń „Wojenko, wojenko”, co podchwyciły natych­miast moje rozmówczynie i wspólnie zaśpiewaliśmy jesz­cze kilka innych. Wzruszenie było tak ogromne, że rozpła­kałem się jak dziecko. Długo tłumione uczucia żołnierza puściły, a serce ganiało jak oszalałe. Nie wstydzę się tych łez, bo po nich nastąpiło ukojenie i wyciszenie, co dało siłę do snucia wspomnień.

Ja, Antoni Horanin urodziłem się w 1920 r. w Swobodzie pow. Wilejka, woj. wileńskie. W roku 1936 z rodziną wyjechali­śmy do Porafino, woj. Dzisna. Właśnie stąd w 1944 r. zosta­łem powołany do II Armii Wojska Polskiego – 37. Pułk (w ran­dze starszego telefonisty) pod dowództwem gen. Karola Świer­czewskiego. Po mobilizacji wywieziono nas za Smoleńsk na trzymiesięczne ćwiczenia. Żołnierzy zżerała tęsknota za ro­dzinnym domem. Aby przetrwać, każdy ranek zaczynaliśmy od polskich pieśni żołnierskich i partyzanckich („Serce w pleca­ku”, „Wojenko, wojenko”, „Hej, strzelcy wraz!” i inne). Pieśni te towarzyszyły nam w czasie marszu na ćwiczenia i w drodze powrotnej. Żaden dzwon, ani świst i huk pękających bomb i pocisków nie był w stanie zagłuszyć pieśni, które wyrywały się z dziesięciu tysięcy polskich gardeł. To one dodawały otuchy i wiary, rozgrzewały serca, osuszały łzy, które często płynęły po żołnierskich twarzach.

Po zakończeniu ćwiczeń wywieziono nas wagonami bydlęcymi do wsi Mazdy w woj. lubelskim. Był wrzesień 1944 r., zostaliśmy zatrudnieni u rolników do kopania ziemniaków. Po siedmiu dniach zostałem „kupiony” przez polskiego kapita­na i wraz z innymi żołnierzami trafiliśmy do Pruszyna również w woj. lubelskim. W styczniu 1945 r. wyruszyliśmy do War­szawy, a 20 marca nasz front zaczął się przemieszczać w kie­runku na Poznań, Wrocław i Zgorzelec i zatrzymał się nad rzeką Nysą. Aby zdobyć Zgorzelec, Niskie i Budziszyn, musie­liśmy sforsować Nysę. Pod Budziszynem wpadliśmy w za­sadzkę. Zostaliśmy otoczeni szczelnym kordonem wojsk nie­mieckich. Przewaga liczebna Niemców i ich wyposażenie zbrojne spowodowały, że z trzech dywizji pozostało nas nie­wielu. Duży odsetek żołnierzy ginął pod gradem kul lub został wymordowany. Morale żołnierzy zostało zachwiane, więc rato­wali się ucieczką. Dowództwo nie panowało nad sytuacją. Ta nierówna walka trwała ok. miesiąca. Żadne usta, ani pióro nie są w stanie opisać okrucieństwa wojny i przeżyć człowieka. Od dnia mobilizacji zawsze odczu­wałem subtelną pieczę Opatrzności, która pozwoliła mi wyjść obronną ręką z najbardziej tragicznych sytuacji. W sukurs przybyła nam 10. Dywizja II Armii WP, która jako zapasowa stacjonowała w Rzeszowie.

Po wyjściu z okrążenia pomaszerowaliśmy do Czechosło­wacji, aby pomóc oczyścić Pragę z niemieckiej okupacji. Pra­gę zdobywaliśmy jako pierwsi polscy żołnierze. Nawet wojska alianckie wkroczyły w trzy dni po nas.

Po Pradze nastąpił powrót do kraju – Legnica, woj. wro­cławskie. W lipcu 1945 r. skierowano nas w Bieszczady do Sanoka, gdzie wchodziliśmy w skład 8. Dywizji II Armii WP. Naszym zadaniem było zwalczanie band UPA, które dokony­wały masowych rzezi ludności polskiej na obszarze południo­wo – wschodniej Polski. W grudniu 1945 r. zostałem zwolniony do cywila.

W Wigilię razem z trzema kolegami znalazłem się w Gdy­ni. Pewien wojskowy zaproponował nam wyjazd na Ziemie Odzyskane, aby rozpocząć nowe życie. Bez namysłu wsiedli­śmy do pociągu i rano w pierwszy dzień Świąt Bożego Naro­dzenia wysiedliśmy w Jeleniej Górze. Potem 10-kilometrowy marsz do wsi Maciejowa. Przywitał nas sołtys i na okres świąt rozgościł u gospodarzy, mnie zostawiając u siebie. Po dwóch dniach udaliśmy się w dalszą wędrówkę do wsi Komarno. Przez dwa lata pracowałem w bardzo trudnych warunkach w Kowarskiej Kopalni Rudy. Ze względu na stan zdrowia podją­łem się pracy rolnika na własnym gospodarstwie i trwało to 11 lat. Miałem już żonę. A było to tak. W 1948 r. do Jeleniej Góry przyszedł trans­port sybiraków, których rozwieziono po wioskach. Na gospo­darstwo rolne mojego kolegi frontowego trafiła kobieta z sy­nem i trzema córkami. Ja zwróciłem uwagę na 18-letnią pan­nę, która dziergała na dru­tach. Skoro potrafi robić na drutach – pomyślałem sobie -na pewno posiada wiele in­nych, cennych umiejętności i zalet. Nie będę szukał miej­skiej panny, gdy w zasięgu ręki jest taki SKARB.

Będąc lojalny wobec kole­gi, zapytałem go, czy ma pla­ny wobec Broni, bo mnie ona bardzo się podoba. Na szczę­ście okazało się, że kolega adorował młodszą z sióstr. Wkrótce Bronia została moją żoną. Dochowaliśmy się czwórki dzieci. Ponieważ dzieci często chorowały, le­karz zalecił nam, aby zmienić klimat i osiąść na terenach nizinnych. I tak w grudniu 1958 r. objęliśmy gospodarstwo rolne w Łebie. Tutaj rosły na­sze dzieci, doczekaliśmy się wnuków. W 1980 r. gospodarstwo przekazaliśmy na Skarb Państwa za rentę rolniczą.

Cztery lata temu zmarła moja Bronia.

Nie zapominają o mnie dzieci i wnuki. Pomagają w zaku­pach, sprzątaniu, prowadzimy ciekawe rozmowy. A mnie – ojca i dziadka – rozpiera wielka duma, że w tej samotności nie je­stem sam.

Do dnia dzisiejszego głęboko wierzę, że to Boska Opatrz­ność czuwała nade mną. W okresie wojennej zawieruchy wy­chodziłem szczęśliwie z największych opresji, wytrzymałem twarde, żołnierskie życie. Moje modlitwy zostały wysłuchane przez Pana Boga, jak i mojego patrona św. Antoniego. Dlatego często sobie powtarzam: „żołnierze strzelali, Pan Bóg kule no­sił”. Nadal się modlę i proszę o wsparcie duchowe, bo człowiek obdarzony miłością Boga kroczy prostą drogą i zawsze jest otwarty na drugiego człowieka.

Dzisiaj mam 83 lata i mimo wielu trudnych wyzwań, jakie niesie życie, nadal czuję się bardzo młodo. Za zasługi w walce z okupantem otrzymałem trzy odznaczenia, w tym szczególnie drogi mojemu sercu Krzyż Walecznych. W 2001 r. Prezes Rady Ministrów przyznał mi tytuł Weterana Walk o Wolność i Niepod­ległość Ojczyzny.

Kończąc chciałbym przywołać kilka wersów z „Pieśni Strze­leckiej”, które głęboko zapadły w moje serce:

Czy przyjdzie nam umrzeć wśród boju,
Czy w tajgach Syberii nam zgnić,
Z trudu naszego i znoju
Polska powstała, by ŻYĆ!

Dziękuję za to spotkanie. Polecam Bogu i Matce Boskiej wszystkich łebian, moją rodzinę i siebie. Dziękuję!

Filut Stanisława i Edmund

Obiecanych odwiedzin u mnie nie doczekałam się, więc aby się dowiedzieć skąd przybyła do Łeby pani Stanisława, sama pofatygowałam się w jej progi na „popołudniowe Polaków rozmowy”.

Stanisława Filut z domu Karło urodziła się 22 czerwca 1931 roku we wsi Feliksów na Wileńszczyźnie. Mama Józefa, tata Wacław, czwórka braci i pięć sióstr. Obecnie zostały dwie siostry jedna w Łebie – pani Stasia, druga Janina – w Australii. Duża rodzina utrzymywała się ze swojej gospodarki. Ciężko pracowali wszyscy, od najstarszego do najmłodszego, ale nie zawsze było co jeść. Często jedli tylko chleb, który sami sobie wypiekali, a jak zabrakło chleba i kiszona kapusta służyła jako posiłek. Wspomina pani Stasia serdecznie pewną gospodynię – białorusinkę, która widząc ich biedę dała rodzinie worek ziemniaków, aby było można zaspokoić głód. Gest po prostu od serca. W 1938 roku umiera ich tata i mama sama z dziećmi nadal zajmuje się gospodarką i pasieką z pszczołami. Starsze i młodsze dzieci ciężko wspólnie pracowały chcąc pomóc mamie. Po skończeniu wojny w 1945 roku zostają tak jak inni przesiedleni do Polski na Mazury. Nowe miejsce zamieszkania to Młynowo koło Srokowa, powiat Kętrzyn, woj. olsztyńskie. 20 ha ziemi i znowu ciężka praca dla całej rodziny. Pierwszą samodzielną pracę w wieku 18 lat podjęła jako konduktorka w miejscowości Korsze.

Edmund Filut – poznaniak, przesiedlony do Leśniewa, rybak jeziorowy. Pani Stasia wspominała jak pierwszy raz w mieszkaniu swoich sąsiadów zobaczyła w świetle lampy naftowej czarnego, przystojnego chłopaka, któremu tylko świeciły się białka oczu. Już wiedziała, że to będzie ten, a nie inny. W 1953 roku wyszła za mąż za Edmunda Filuta. Do Łeby przybyli w 1954 roku i tu też mąż pracował jako rybak jeziorowy na jeziorze Łebsko. Zmarł na łodzi na jeziorze w 1980 roku.

Z pięciorga dzieci zostały tylko dwie córki. Jedna mieszka w Łebie, druga koło Cieszyna. Pani Stasia doczekała się sześciorga wnuków i czwórki prawnucząt. Jest osobą pogodną, uśmiechniętą i życzliwą. Znana jest jako Babcia Łeby. Nie obraża się na takie określenie, bo jak sama mówi: -„ Na babcię trzeba sobie zasłużyć.”

Przydomkiem Babcia Łeby nazwali ją lekarze, kiedy przebywała w szpitalu. Zdrowie jej trochę szwankuje, ale każdy wiek ma swoje prawa. Sumując swoje życie pani Stasia powiedziała: – „Moje życie było bardzo ciekawe, dużo się zmieniało i w każdej sytuacji trzeba było się odnaleźć. Mama uczyła nas modlić się, a nie obserwować bliźnich. Staram się z nikim nie kłócić, być dla wszystkich miła. Uważam, że tak trzeba. Trzeba żyć godnie, żeby nie było wstyd umierać.”

Bardzo spodobała mi się ta wypowiedź. Nic dodać, nic ująć. Proste słowa, a jak treściwe. Życzę Pani zdrowia, dużo spokojnych dni, opieki Matki Bożej, a dobry Bóg niech będzie pociechą, nadzieją i nagrodą. Szczęść Boże!

Pani Feliksa Bielecka

Od dłuższego czasu chciałam bliżej poznać panią Feliksę Bielecką. Podziwiam ją za jej religijność, za silną wiarę w Boga. Po krótkiej rozmowie przed kościołem z jej córką Alicją Szpręgiel zostałam zaproszona do ich domu. No i udało się!

Przy kawie i cieście słuchałam opowieści babci Bieleckiej o jej życiu pracowitym, nielekkim, ale zawsze od młodych lat z Bogiem. Jak mi powiedziała, zawsze Bóg w jej życiu był na pierwszym miejscu. Pomimo swego wieku prawie codziennie (jak zdrowie pozwala) idzie do kościoła i żarliwie się modli. Ani deszcz, ani wiatr czy śnieg nie stoją na przeszkodzie. Z córką lub Lodzią Rozworą przychodzi, klęka, oparta na swej lasce – modli się.

Pani Bielecka oraz jej siostra Lucyna Bała pochodzą z rodziny Korba. Feliksa Bielecka urodziła się 20 września 1922 r. we wsi Ziunin koło Olszowca, gmina Bychawa (lubelskie) jako najstarsza córka. Miała trzy siostry: Lucynę, Kazimierę i Władysławę. Uczyła się w Olszowcu. Nauka szła jej bardzo dobrze, ale w wieku 12 lat musiała przerwać szkołę i zająć się młodszym rodzeństwem z powodu choroby swej mamy. Szkołę ukończyła 21.06.1939 r. z bardzo dobrymi wynikami. Świadectwa szkolne widziałam – tylko pozazdrościć.

Plany dalszej nauki pokrzyżował wybuch wojny. Aby uniknąć wysłania na roboty do Niemiec, została skierowana do pracy u sołtysa Tomasza Bieleckiego. Żona sołtysa chorowała, więc zajmowała się pracą w domu, w gospodarstwie i w polu. Była pracowita. Traktowano ją dobrze, więc nie narzekała. Kiedyś do swego brata przyjechał Franciszek Bielecki. Spodobała się jemu panna, która nie bała się żadnej pracy. Pokochali się i wzięli ślub, który odbył się 24.02.1942 r. w kościele w Bychowie.

Mąż pani Felicji w poszukiwaniu pracy i mieszkania przyjechał sam do Łeby w 1946 roku. Sprowadził wkrótce żonę i dwoje dzieci i zamieszkali wstępnie kątem u krewnych jej męża – u państwa Szczęch. Czy pamiętamy jeszcze domek w centrum Łeby z ciemnoczerwonej cegły, zakład pana Szczęcha – jednorękiego zegarmistrza?

Rodzina powiększała się i trzeba było nie raz zmieniać mieszkanie. Mieszkali też w połowie domu z rodziną niemiecką, ale – jak powiedziała pani Bielecka – dogadywali się. Dowiedziałam się przy okazji rozmowy, że droga do naszego kościoła obecna ulica Powstańców Warszawy to dawniejsza ulica PZPR. Od 1954 roku wreszcie mają swój domek przy ulicy 1 Maja, który służy rodzinie do dzisiaj. W tych domkach na 1 Maja kiedyś mieszkali Niemcy pracujący na wyrzutniach rakiet.

Mąż ciężko pracował przy melioracji. Pani Bielecka prowadziła dom, wychowywali dzieci. Aby dopomóc mężowi, pani Bielecka pracowała trochę przy rybach, przy trzcinie, z której robiono maty, sprzątała na poczcie, pracowała też na izbie porodowej w Łebie. Stamtąd ją zapamiętałam – bo tam urodziła się nasza córka. Rodzice starali się jak mogli o swoje dzieci, o ich wykształcenie. Udało się! Czytałam o nich i wiem. Było sześcioro dzieci: Ryszard, Marianna, Anna, Barbara, Janusz i Alicja. Janusz i Marianna niestety nie żyją, co było też ciosem dla matki. Rodzice mieli o kogo się starać i na kogo pracować!

Z 13 na 14 grudnia 1981 roku umarł mąż pani Bieleckiej – Franciszek. Została z córką i zięciem. W 2005 roku miała pierwszy udar, ale modlitwy o zdrowie zostały wysłuchane, wróciła do zdrowia. W marcu 2012 roku nastąpił drugi udar i niedrożność jelit. Przeszła poważną operację, stan był bardzo ciężki. Ze szpitala wróciła w Wielki Czwartek. Rodzina zrobiła wszystko, co było w ich mocy, aby tylko pomóc mamie. Była gorliwa opieka, czuwanie bez przerwy, wspólne modlitwy i mama wróciła do zdrowia!

Zdumiona patrzyłam jak pani Bielecka po tak ciężkich przeżyciach -w marcu operacja, rekonwalescencja – stoi na koniec nabożeństwa majowego oparta na swej lasce pod opieką córki przy kapliczce Matki Bożej przy ulicy Turystycznej! Patrząc na nią w drodze do kościoła, czy klęczącą w kościele, wiem skąd ona bierze te siły! Jak silna jest jej wiara! Opowiadała mi Lodzia Rozwora, która pomagała rodzinie w czasie choroby pani Felicji, a potwierdziła to córka, że w tym czasie, gdy leżała po szpitalu w domu, była bardzo niespokojna, rzucała się. Uspokajała się w trakcie odmawiania różańca, modlitw i pieśni kościelnych. Zapytałam panią Bielecką: „to chyba dlatego , że nie mogła Pani iść do kościoła?”, a ona odpowiedziała, że bardzo jej było tego brak. Nic dodać, nic ująć?

Można tylko życzyć Pani Bieleckiej dalszych lat w zdrowiu, opieki Matki Bożej na co dzień i aby jeszcze długo mogła, jak nie sama to z pomocą bliskich, uczęszczać na msze święte i modlić się w znanych sobie intencjach. Aby mogła też odwiedzać swoją siostrę Lucynę i razem wspominać to, co było, co minęło. My jako czytelnicy życzymy Pani i bliskim cennego zdrowia, wszystkiego dobrego i sto lat dla Pani, a może i więcej!

Dziękuję Ali, jej mężowi i pani Felicji za udostępnienie książki, z której dużo się dowiedziałam oraz miałam możliwość poznać ród Korbów, skąd wywodzi się pani Bielecka, częściowo zapoznać się z ich życiem, dalszą rodziną, wnukami i prawnukami. Zainteresowanym zdradzę, że książkę o rodzinie Korbów napisał Henryk Marian Korba. Autor w dedykacji dla pani Bieleckiej napisał słowa, które zacytuję:

„Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasze korzenie sercem, myślą i uczuciem, przywrócimy ich wspomnienie.”

Mam nadzieję, że rodzina nie pogniewa się na mnie za to, że zdradziłam ich sekret rodziny w postaci książki? Ja uważam, że to naprawdę piękna rzecz! Macie piękną pamiątkę dla potomków.

Franciszka i Henryk Górscy

Maria i Franciszek Kierol mieszkali w miejscowości Jonie, powiat Lida. W 1940 roku Ruskie wywieźli rodzinę do tajgi. Później pozwolili osiedlić się w miejscowości Asino. Państwo Kierol mieli trzy córki: Franciszkę, Marię i Jadwigę. W 1946 roku Kierolowie przyjechali do Przybiernówka.

W Przybiernówku Franciszka Kierol poznała Henryka Górskiego i w 1958 roku przyjechała za nim do Łeby. Młodzi wynajmowali mieszkanie u pana Mucha na ul. Kościuszki.

Henryk Górski początkowo pracował w zieleńcach, a w 1959 roku zatrudnił się jako rybak w Spółdzielni Pracy, Przetwórstwa i Rybołówstwa Morskiego „Rybmor”. W 1973 roku przeszedł do Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej i rozpoczął pracę w kotłowni. Następnie uległ wypadkowi i przeszedł na rentę. W tym samym zakładzie pracowała również żona pana Henryka – Franciszka.

Pielęgniarka – zawód czy powołanie?

Z Łebą związana jestem od 1964 r. Jako pie­lęgniarka podjęłam pracę w Przemysłowej Służbie Zdrowia w Ośrodku Wczasowym „Radość Górnicza”, a w roku 1966 zostałam przyjęta do pracy w Poradni „D”, byłam także terenową opiekunką społeczną. Swojej pracy oddawałam się z poświęceniem i wielkim zamiło­waniem. Moimi pacjentami były dzieci. Wiadomo, że dzieci bardzo bały się zastrzyków, musiałam umiejęt­nie i z uśmiechem odwrócić ich uwagę. Pokazywałam, więc dziecku samą strzykawkę, aby pozyskać zaufanie małego pacjenta. Potem szybciutko wkładałam igłę, wkuwałam w ciałko i pytałam: „czy bardzo ciebie bola­ło?” Ono odpowiadało: „nie tak bardzo, bo w strzykaw­ce nie było igły”. Były też dzieci, które do przychodni prowadzone były bardzo okrężną drogą lub takie, które odwiedzałam w domach przez wiele nawet tygodni (niestety z zastrzykami), a spotykając mnie w mieście, uciekały na drugą stronę ulicy. Zdarzały się również inne, sympatyczne i rozbrajające momenty, kiedy to w drzwiach gabinetu stawało dziecko ze skrzywioną bu­zią z różą w rączce, mówiąc do mnie: „weź to, bo bar­dzo mnie kłuje”.

Oprócz pracy w przychodni, niemal każdego dnia rano przed pracą i wieczorem po pracy, a często i w nocy chodziłam do chorych robić zastrzyki lub by udzielać pierwszej pomocy. Byłam wówczas jedyną pielęgniarką w Łebie, która pomagała chorym przed przybyciem lekarza lub pogotowia. Najbardziej bałam się wieczornych i nocnych wyjść do pacjentów, szcze­gólnie dotyczyło to okresów jesienno – zimowych, więc ile sił w nogach gnałam przez miasto, cieszyłam się, jeżeli ktoś zaproponował mi odprowadzenie, wtedy z ulgą oddychałam. Padające ulewne deszcze, sztormy lub zawiane drogi nigdy nie zawróciły mnie z drogi, ponieważ zawsze na pierwszym miejscu było moje poczucie obowiązku. W nadzwyczajnych przypadkach proszono mnie, abym została z chorym na noc, wów­czas wracałam do domu nad ranem. Spotkał mnie kie­dyś znajomy, wracający ze stróżowania i mówi: „Pani Broniu, ładnie to tak samej kobiecie wracać nad ranem do domu?” A ja zmęczona, ale uśmiechnięta, bo z po­czuciem dobrze spełnionego obowiązku, odpowiedzia­łam: „niech pan tylko o tym nikomu nie mówi”. Wpada­łam wtedy do domu, szybkie mycie, przebieranie, łyk gorącej herbaty i biegiem do pracy. Minęło parę dni i znowu ktoś wieczorem lub w nocy puka do moich drzwi prosząc, bym przyszła do chorego. Czy się za­stanawiałam….? W takich chwilach człowiek pracował na innych obrotach, bez namysłu łapałam apteczkę i gnałam na złamanie karku, aby ulżyć w cierpieniu naj­lepiej, jak umiałam. Niestety, nie miałam antidotum na każde cierpienie i na utrzymanie przy życiu każdego człowieka. Jedni umierali, inni zdrowieli. W służbie człowiekowi przepracowałam 30 lat.

Dzisiaj liczę sobie 78 wiosen i mimo, że sił mi ubywa, staram się być pełna radości i optymizmu. Przez całe moje życie w domu, w pracy, w chwilach radosnych i pełnych smutku, w trudach dnia codzien­nego i sukcesach zawodowych zawsze kroczył ze mną Pan Bóg i Matka Boska. W codziennej modlitwie odda­ję się pod opiekę Opatrzności i otrzymuję ogromne wsparcie duchowe. Gdybym miała narodzić się jeszcze raz, ponownie wybrałabym taką samą drogę życia i to właśnie w Łebie. Za swoje życie dziękuję Bogu.
P.S. Od bardzo dawna marzyłam, aby podzielić się chociaż cząstką wspomnień z mieszkańcami Łeby, właśnie nadeszła moja upragniona chwila…. Dziękuję!

Laurka Pani Ali

Urodziłam się w Pruszynie, pow. Równe na Wołyniu. Rodzice razem z babcią prowadzili gospodarstwo rolne o pow. 10 ha. Płody z tego gospo­darstwa (mięso, warzywa, owoce oraz ryby z własnego stawu) ojciec sprzeda­wał na targu w Tuczynie.

W szkole podstawowej aż do III klasy wszystkie przedmioty wykłada­ne były w języku polskim. Po zajęciu tych ziem przez wojska radzieckie na­uka odbywała się w języku rosyjskim. Po napaści Niemiec na ZSRR w szkole wprowadzono język ukraiński oraz język niemiecki dwie godziny w tygodniu. Po­lacy nigdy nie pogodzili się z taką decy­zją napastnika. Wielu polskich nauczy­cieli prowadziło tajne komplety naucza­nia w ojczystym języku. Komplet liczył 3 – 4 osoby, a nauka odbywała się raz w tygodniu, za każdym razem w innym domu. Taka ilość osób w komplecie oraz zmiana domu stanowiły kamuflaż przed wpadkami, chociaż i tak się one zdarza­ły. Moi rodzice, babcia, sąsiedzi, znajo­mi mocno wierzyli, że po wojnie te zie­mie i tak będą polskie. A nas dzieci roz­pierała wewnętrzna radość, że chociaż potajemnie, ale możemy uczyć się po polsku.

W 1943 r. bandy UPA zaczęły mordować polską ludność. Moja rodzina uciekła do Równego, a babcia uparła się, żeby zostać i pilnować gospodar­stwa. Babcia twierdziła, że staruszki nie ruszą, a jednak nie uszanowali siwej głowy. Gospodarstwo zostało rozgrabione doszczętnie, pozostały tylko zabudo­wania. A moja rodzina nigdy na tą zie­mię nie wróciła.

W Równem Niemcy urządzali łapanki na uciekinierów. Mama była z czwórką dzieci i tylko to uratowało nas przed wywózką na roboty do Niemiec. Mama otrzymała pracę w szpitalu woj­skowym w kuchni, a szesnastoletni brat ciężko pracował przy wyładunku żywności. Przyznano nam pokój, bez pieca i bez kuchni. Brat wstawił do pokoju „kozę”, węgiel zbieraliśmy na stacji kolejowej.

Kiedy w styczniu 1944 r. front radziecki zaczął się zbliżać, Niemcy ewakuowali szpital (wraz z personelem) do Chełma Lubelskiego, a po trzech miesiącach dalej, do miasta Sabatka w Jugosławii. We wrześniu szpital został pospiesznie zwinięty i konwój ruszył do Niemiec. Wiele rodzin, w tym i nasza, zostało w Sabatce. Policja jugosłowiań­ska internowała nas – najpierw do obozu w Budapeszcie (Węgry), później do obo­zu w Komarom. Opiekun grupy, w której byliśmy, zabrał naszą rodzinę do pracy w gospodarstwie rolnym swoich rodzi­ców we wsi Imeli. Tam pracowaliśmy do maja 1945 r.

Po wyzwoleniu wróciliśmy do Ojczyzny, do wsi Kałduny w woj. łódz­kim (rodzinne strony mojego ojca). Z Kałdun pieszo uczęszczałam codziennie do Bełchatowa (6 km), do wieczorówki, aby ukończyć szkołę podstawową. W 1947 r. byłam w Piotrkowie Trybunal­skim na kursie przygotowawczym do pracy w przedszkolu, natomiast Liceum Pedagogiczne Wychowawczyń Przed­szkola ukończyłam później w Gdańsku Wrzeszczu.

Z Łebą związałam swoje losy od 30.04.1948 r. Pierwszą pracę podjęłam w Centrali Rybnej (późniejszy „Rybmor”), na­stępnie w 1949 r. pracowałam jako wy­chowawczyni w dziecińcu w Łebieńcu. W tym samym roku wyszłam za mąż za Józefa Hadrysiaka. W 1950 r. Powiato­wa Rada Narodowa w Lęborku miano­wała mnie wychowawczynią przedszko­la w Łebie. W trakcie tej pracy ukończy­łam Studium Przedmiotowo – Metodycz­ne w Gdańsku. Swojej pracy poświęci­łam 35 lat. Ziściło się marzenie z okresu mojego dzieciństwa. Pracowałam zgod­nie z najlepszą swoją wiedzą i zaanga­żowaniem.

Moje wysiłki na rzecz najmłod­szych zostały dostrzeżone i uhonorowa­ne Złotym Krzyżem Zasługi za 25-lecie pracy pedagogicznej, nagrodami mini­stra oświaty, kuratora oświaty i wycho­wania i władz miejscowych. Dnia 8 lipca 2002 r. Rada Miejska w Łebie przyznała mi swoje honorowe wyróżnienie „za ser­ce i troskę, z jaką poświęciła się Pani najmłodszym mieszkańcom naszego miasta”. Ucieszyło mnie to, a jednocze­śnie uskrzydliło.

Często przeglądam fotografie przedszkolne i rodzinne. Wielu moich wychowanków założyło rodziny i miesz­ka w Łebie, inni natomiast w różnych zakątkach .kraju. Czasami sięgam po list od Prezydenta RP z dnia 20.07.1999 r., który informuje mnie, że wraz z mężem odznaczeni zostaliśmy Medalem za Dłu­goletnie Pożycie Małżeńskie. Spoglą­dam na dyplom „Dostojnym Jubilatom w 50. rocznicę ślubu od Burmistrza Łeby z dnia 27.12.1999 r. Cieszę się, że mój mąż doczekał tych wszystkich rado­snych i wzruszających chwil. Wychowa­liśmy troje dzieci, doczekaliśmy się czworo wnuków i dwoje prawnuków. W czerwcu minie trzecia rocznica śmierci mojego męża. Smutek i żal noszę w ser­cu, a żyć trzeba, bo jest to jedyny i nie­powtarzalny dar, który otrzymał każdy człowiek.

Mimo 73 lat jestem osobą po­godną. Lubię czytać, uwielbiam space­rować nad morzem. Odwiedzam znajo­mych i córki, które również zachodzą do mnie, aby mi pomóc w różnych spra­wach i miło ze mną pogawędzić. Należę do zespołu „Jantarki”, daje mi to wiele satysfakcji, a serce przepełnia radość, że jestem z ludźmi i dla nich śpiewam. Na zakończenie tego spotkania dedyku­ję więc łebianom fragment piosenki z repertuaru „Jantarek”(autorstwa Hanny Stoltman):

Nie trzeba szukać miast piękniejszych nad naszą Łebę. Nie trzeba szukać traw, bielszego piasku nad brzegiem…