Wieczór Trzech Króli

Plakat - Wieczór Trzech Króli

Niech w każdej potrzebie będzie Wam jak w Niebie! ? życzył łebianom przed piętnastoma laty ks. prof. Janusz St. Pasierb, poeta. (Oj, gdy na spotkaniu przeczytał kilka swoich wierszy stylizowanych na japońskie haiku, młody uczestnik wieczoru chyba się przestraszył: Ależ księże profesorze! Te wiersze są bardzo zmysłowe. Powiedziałbym wręcz, że niebezpiecznie zmysłowe! Proszę pana – ksiądz profesor na to – Słowo stało się Ciałem. To nie ja powiedziałem.)

To właśnie od Księdza Profesora Pasierba łebianie po raz pierwszy usłyszeli o renesansowej tradycji Święta Trzech Króli jako święta kultury całego chrześcijańskiego świata.

Od tamtego czasu, rozpoznając Gwiazdę, wydeptują łebiański trakt Trzech Króli.

Uroczystość odbędzie się w niedzielę 6 stycznia 2008 wg programu:

godz. 17 – Msza św. w kościele Wniebowzięcia NMP z towarzyszeniem łebskich chórów i zespołów: ECHO, FALARE, JANTAR, STELLA MARIS, VIVO

godz. 18 – koncert chóru ET IN TERRA dyr. Monika Zytke

godz. 19 – rozesłanie z kościelnego placu chlebem i winem

_______________________________________


Et In Terra

Et In Terra

„Ta muzyka przyszła od Afro-amerykanów, ale wydaje się, że została pomyślana nie tylko dla nich…”

Peter Steinvig, pianista gospel z Danii

THIS IS THE DAY – Posłuchaj
RIDE ON – Posłuchaj

Chór ET IN TERRA stanowią ludzie z całej Polski zaproszeni przez MONIKĘ ZYTKE do wspólnego muzykowania.

Raz w miesiącu spotykają się na próbach w nadmorskim Sarbinowie. Śpiewają muzykę z dobrym przesłaniem w bardzo różnej stylistyce.

Głównym nurtem repertuaru jest muzyka GOSPEL – w tym programie chór koncertował również z solistami: Mieczysławem Szcześniakiem i Grażyną Łobaszewską oraz Juniorem Robinsonem, czarnoskórym wokalistą soul z Londynu (premiera programu odbyła się w czerwcu 2002 roku).

Et In Terra

W muzyce, która jest prawdziwa, a nie plastikowa, która jest tworzona z potrzeby serca, nie ma problemu różnicy kultur. Chodzi tylko o wrażliwość.
Czyż nie to porusza nas właśnie w gospel, w muzyce żydowskiej, cygańskiej, albo tzw. słowiańskiej duszy?
Jest jeszcze jedna prawda – że u źródeł każdego z tych gatunków kryje się trudne, często niepozbawione cierpienia, ale (może przez to) bardzo głębokie życie. Doświadczenie niewolnictwa, braku swojego miejsca na świecie, samotności.
Jednak właśnie wtedy powstaje muzyka z głębi serca, która nie musi się podobać, ale wobec której nie można przejść obojętnie.

Et In Terra

MONIKA ZYTKE – muzyk, dyrygent, wykładowca akademicki. Absolwentka gdańskiej Akademii Muzycznej. Obecnie jest adiunktem w Pomorskiej Akademii Pedagogicznej (Instytut Muzyki).
Pracuje z chórem ET IN TERRA (program gospel, kolędy we własnych aranżacjach, muzyka pasyjna i in.).
Z kwartetem SHOMER nagrała płytę z muzyką hebrajską.
Współpracuje z Mieczysławem Szcześniakiem, Grażyną Łobaszewską, Juniorem Robinsonem, Ruth Lynch, Antoniną Krzysztoń, Ewą Urygą, Markiem Bałatą. Michałem Kulentym, Janem Pospieszalskim.
Współpracuje z Nowym Teatrem w Słupsku (kierownictwo muzyczne spektakli „Skrzypek na dachu” i „Betlejem polskie”).
Przez kilka lat współpracowała z międzynarodowymi chórami w Taizé we Francji i na Spotkaniach Europejskich.
Zapraszana jest także do prowadzenia festiwali – jak toruński Song Of Songs transmitowany przez TVP 2 (2004 z Jarosławem Kulczyckim, 2005 z Mateuszem Damięckim).


GRAŻYNA ŁOBASZEWSKA:
– Projekt gospel z chórem Moniki jest realizacją moich marzeń. Swoją drogą to zadziwiające, ile w tej kobiecie o wątłym ciałku jest energii. Mietek i ja zaczynaliśmy od pieśni gospel. Zawsze marzyłam, aby móc je śpiewać z dużym chórem. Wtedy wyzwala się zupełnie inna energia. Oni ją mają.

MIECZYSŁAW SZCZEŚNIAK:
– W muzyce gospel jest bogactwo rytmu, harmonii, improwizacji i głębia przesłania. Monika jest człowiekiem z wielką pasją. Stworzony przez nią chór to ludzie śpiewający z wielkim zaangażowaniem i serduchem. To mi imponuje. To dar. Pasja jest tym, co naszemu życiu nadaje sens.

ANTONINA KRZYSZTOŃ:
– Z chórem Moniki spotykam się co roku na wspólnych koncertach. I muszę przyznać, że czekam na te spotkania.

WOJCIECH BIAŁOSKÓRSKI (akustyk):
– Nagłaśniałem kiedyś chór Moniki na koncertach pieśni postnych z Antoniną Krzysztoń. Jakież było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłem, jak zespół znany mi wcześniej z ?poważnego? programu bujał się i pląsał w rytm gospelowych numerów niczym prawdziwy czarny chór gdzieś z Południa Ameryki!

AGNIESZKA FATYGA:
– Byłam na koncercie Moniki. Wyszłam zdrowsza.

JUNIOR ROBINSON (Londyn):
– Pięknie było widzieć chór ludzi z różnych miast, z różnych wyznań, w różnym wieku, którzy tu przyjeżdżają i śpiewają razem. Pięknie było koncertować z nimi. Nie uważam, że czarna muzyka jest tylko dla czarnych muzyków… Żadna muzyka nie musi zostać tam, skąd się wzięła…. Zresztą przecież dusza nie ma koloru… Ale mimo wszystko jest to dla mnie zdumiewające – gdziekolwiek się nie ruszysz, w każdym kraju znajdziesz ludzi, którzy chcą śpiewać gospel.

Wypowiedzi chórzystów z Et In Terra:

  • Gdy pierwszy raz usłyszałem gospel, od razu poczułem, że to coś dla mnie. Ta muzyka naprawdę rusza serca. Wypływa gdzieś z głębi.
  • O pierwszych próbach opowiadałam o tym z takim entuzjazmem, że przyszły tu za mną moja córka i siostrzenice.
  • Na co dzień żyję w strasznym kołowrotku, nie mam się czasu nawet obejrzeć, a takie śpiewanie zatrzymuje, daje pomyśleć.
  • Muzyka gospel pomogła mi się otworzyć. Pozwala wyrazić swoje emocje. W tę muzykę zaangażowany jest cały człowiek.

Głosy publiczności:

  • Wydaje mi się, że tu jest coś więcej niż muzyka.
  • Przez te dwie godziny nie miałam wszystkich moich problemów, niczego. Najzwyczajniej w świecie o nich zapomniałam. Wiem, że gracie też jutro, przyjdę jeszcze raz, z całą rodziną.
  • Często chodzę na koncerty i zazdroszczę tym ludziom na scenie, bo w ogóle nie umiem śpiewać. A tutaj każdy się mógł włączyć. Czułem się jednym z was.
  • Jestem przewlekle chory i od trzech lat nigdy nie udało mi się o tym zapomnieć, ani na chwilę. Aż do dziś. Ta muzyka mnie pochłonęła.
  • Jeszcze nie byłem na takim koncercie ? wykonawcy się nie popisywali, tylko naprawdę cieszyli, że mogą śpiewać.
  • Po angielsku umiem tylko powiedzieć ?hamburger?, ale przesłanie tej muzyki się odbiera nawet z innego języka. Jakby było choćby po chińsku, a z takim przekazem, to też by pewnie do mnie dotarło. Niesamowite.
  • Twarde życie i praca w biznesie nauczyły mnie tłumić uczucia. Dziś na koncercie miałem łzy w oczach ? po raz pierwszy od podstawówki.

Życzenia

Kartka świąteczna

Nie wzgardziłeś ludzką mową
W ustach królów, w Matki dźwięku –
Dziecko kruche – wieczne Słowo.
Źdźbło płaczące – wieczne Piękno!
Nie gardź mną, gdy śpiewem klękam
I u stóp Twych serce złożę –
Jezu, wiotki jak sarenka,
Jezu, Dziecię – Jezu, Boże!

Wojciech Bąk

Z życzeniem DOBREGO SŁOWA
na każdy dzień Nowego Roku –
Biblioteka Miejska w Łebie

Tu nawet piaski są wędrowne

O Łebie powiada się, że ma w sobie coś z tajemnicy. Na czym to polega – przynajmniej dla mnie? Otóż czytam nawarstwiające się wydarzenia, życiorysy ludzi – jakby niekończącą się opowieść.

Żyjemy na ziemiach, gdzie dzieje nie były dla ludzi i krajobrazów łatwe. Często czujemy – coś było – ale już jest tylko niknącym wspomnieniem. W Łebie też wiele przepadło. Ale wiele ocalało. I połączyło się w nową opowieść o tej osadzie, tej wiosce, tym mieście, tym nadmorskim pięknym kurorcie. No choćby obraz Matki Boskiej w kościele, który może być symbolem połączenia dwóch okresów w dziejach miasta. Wygnania dawnych mieszkańców i przygnania innych wygnańców.

Ile razy czytam wspomnienia Maxa Pechsteina o tym, jak malował ten obraz na zamówienie przybyszów, którzy chcieli mieć coś własnego w nieznanym miejscu, jak tworzył go na prześcieradle, czy obrusie i mógł malować tylko farbami służącymi do malowania kutrów – to widzę legendę. Legendę miejsca, gdzie na szczęście nic nie rozpękło się na zawsze. Pechstein, protestant z wychowania, wielki niemiecki malarz, ale skazany przez nazistowską politykę na banicję; on ocalały z więzienia, gdzie siedział pewien czas podejrzany przez sowiecką (chyba) władzę o to, że jest prominentnym faszystą, maluje obcą jego pojęciom religijnym Matkę Rybaków i jest szczęśliwy, że maluje ten obraz dla ludzi, którzy go o to poprosili. I jest dziś tutaj i ten obraz i szczególne wspomnienie artysty i jego ławeczka wystawiona przez potomków tych, którzy przybyli.

Łeba to miejsce ciągłego przybywania i odchodzenia. „Tu nawet piaski są wędrowne”. Jakże stałe w tym wędrowaniu. Ale wreszcie odchodzenie i przychodzenie, wędrowanie piasków, jest już takie, jakie powinno być. Ciągłe, uparte, powolne. To już nie dzika burza. To przesuwanie się wydm. Tak przesuwa się dziś kolorowa legenda miasta, co chwila pokazując coś nowego. Zaskakującego, jak połamane lecz ciągle zielone brzozy, wychodzące nagle z morza piasku.

Pomuchel się cieszy

Ludzie od zawsze utrzymywali się z rybołówstwa i polowań, żywili się tym, co daje im ziemia, jednocześnie zabierając jej drewno i surowce naturalne. Tacy też byli rybacy łebscy, którzy dawali swym rodzinom oraz innym mieszkańcom miasta zarobek i chleb. Zarząd Miejski z 1362 roku zajmował się głównie rybołówstwem i żeglugą, a przede wszystkim rocznymi dorobkami każdego kutra przy połowie dorsza.

Na północy Niemiec od najdawniejszych czasów dorsz nazywany był „pomuchlem”. To słowiańskie określenie prawdopodobnie pochodzi z Litwy (pomukelis). W polskiej gwarze mówiło się „pomuchla”.

Łebscy rybacy od dawna mieli swoje bractwo. Przy uroczystych pochodach, a szczególnie w czasie procesji Bożego Ciała nieśli figurę srebrnego pomuchla jako swój symbol. Po reformacji, gdy stary kościół został zalany i zasypany piaskiem, w 1590r. sprzedanych zostało wiele cennych sprzętów, między innymi srebrny pomuchel. Mówiono wówczas, że to „dla dobra kościoła”. W dokumentach z roku 1389 istnieje wzmianka o pomuchlu: zwierzchnik Gdańska Wolff von Zullenhart z rozkazu Mistrza Conrada Zollera von Rotenstein nadał szlachetnemu i wiernemu Nicolausowi Weiherowi z Łeby sporo dóbr, w tym „wolne rybołówstwo na słonym morzu (Bałtyku) i prawo do dwóch pomuchli z każdej wyprawy w morze”.

Staliśmy tak Egon i ja na starym, 65. letnim głównym moście miasta, oparci o balustradę i oddychaliśmy czystym, trochę słonym bałtyckim powietrzem. Bezpośrednio przed nami nabrzeże. Zamyśleni widzimy przy brzozie Maxa Pechsteina ze sztalugą, malującego kutry w porcie – Zawsze, kiedy tu stoimy nasze myśli sięgają czasów młodości Ok. 50 m od nas po lewej stronie widzimy cicho wpływające, wracające z połowu kutry. Rybacy wyrzucili ryby z sieci Chcieliśmy zobaczyć to z bliska, długimi krokami ruszyliśmy w stronę kutra. Nagle Egon krzyknął „Muchelek się cieszy, Egon tu”. Co to miało znaczyć? – pomyślałem. Nagle jakiś pomuchel drgnął, a Egon opowiedział mi swoje wspomnienie z dzieciństwa.

Mieszkał 100 m od miejsca, gdzie cumował najbliższy kuter Łeb-13. Żeby dojść do kutra ojca musiał minąć 60 innych. Jako trzyletnie dziecko często chodził z matką przywitać ojca wracającego z morza. Tam widział dużo ryb i krzyczał „muchelek się cieszy, Egon tu”. Miało to znaczyć „pomuchel się cieszy, bo Egon tu przyszedł”. Gdy teraz to opowiada, łzy napływają mu do oczu, ponieważ myśli o ojcu, który jako rybak bardzo ciężko pracował. Żmudna i niebezpieczna jest ta praca do dziś, codziennie na całym świecie ginie ok. 70 rybaków.

Znowu tak zamyśleni staliśmy na głównym moście Łeby w czerwcu 2007 roku. Wybraliśmy się tam ponownie, by wraz z innymi odwiedzić swoje rodzinne miasto.

Willi Gillmann, z niem. przetłumaczyła Ewa Łakis

Od red. – Nazwa „pomuchel” wywodzi się z języka pierwszych gospodarzy łebskiej ziemi – Kaszubów. Wskutek charakterystycznego dla Pomorza przenikania się kultur wiele słów w naturalny sposób wędrowało pomiędzy ojczystymi językami ludzi, którym przez wieki dane było żyć razem. Willi Gillmann zgodził się z nami podczas czerwcowego spotkania i przyznał, że przy pisaniu artykułu korzystał z dosyć starego słownika.

Koncert Ireny Jarockiej

Plakat - Koncert Ireny Jarockiej

Zapraszamy w niedzielę 9 grudnia na spotkanie z Ireną Jarocką – o godz. 18 w kościele Wniebowzięcia NMP, a po koncercie spotkanie z Artystką w bibliotece miejskiej. Będzie możliwość nabycia płyty i książki „Motylem jestem…”.

Opowieść nadbałtycka

Damian Damięcki - pierwsza rola w filmie ?Opowieść atlantycka?
Było to na początku lat pięćdziesiątych, chyba w roku 1953. Akurat ukończyłem w Warszawie kurs nauczycielski, wykorzystując roczny urlop płatny i jako specjalista przedmiotowy zostałem skierowany do nadmorskiego miasteczka Łeby w powiecie lęborskim. Było to typowe miasteczko rybackie. Prawie wszyscy jego mieszkańcy żyli z ryb: albo je łowili, albo pracowali w fabryce konserw czy też w którejś z wędzarni. W porcie rybackim kołysało się około 60 kutrów.

Pewnego dnia gruchnęła w miasteczku wieść, że będą tu nakręcać film pt. „Opowieść atlantycka”. Reżyserowała go Wanda Jakubowska, znana wówczas osobistość w świecie filmowym. Ekipy dekoratorów wykonały sztuczne palmy, bo Łeba miała być w tym filmie miasteczkiem śródziemnomorskim. W filmie, obok innych aktorów, grało dwóch chłopców ze szkoły podstawowej. Jednym z nich był znany dzisiaj aktor Damian Damięcki. Matka jego postawiła warunek, że nie zawali szkoły. Zdjęcia robione były całymi dniami i o normalnej nauce w szkole nawet mowy nie było. Kierownik produkcji zgłosił się do naszej szkoły z propozycją zatrudnienia prywatnego nauczyciela. Musiał to być nauczyciel uniwersalny. W tym rankingu wygrałem ja, a to ze względu na znajomość języka rosyjskiego.

Pamiętam, jak wspomniana wyżej p. Jakubowska angażowała mnie do pracy. Zapytała „ile oni wam płacą?” Podałem sumę. „Pomnożymy to przez trzy, dobrze?” Byłem oczarowany i na podstawie umowy-zlecenia stałem się członkiem ekipy filmowej.

W końcowej części filmu była najważniejsza scena: wyzwalanie przez Amerykanów tego śródziemnomorskiego miasteczka. Dobrze się składało, bo akurat w Lęborku stacjonował batalion czołgów. Film podpisał z dowództwem umowę na wykorzystanie tych czołgów i jako statystów ich obsługi. Dekoratorzy szybko je przemalowali ze wszystkimi szczegółami. Nasze miasteczko miało być za chwilę wyzwolone przez Amerykanów. Sunęły te czołgi asfaltową drogą z Lęborka do Łeby. Żołnierze w mundurach US Army stali w wieżyczkach czołgów.

Amerykański czołg w Łebie

W tym czasie ze wsi Gęś leżącej po lewej stronie tejże szosy jechał rolnik. Zobaczył czołgi i amerykańskich żołnierzy. Ogarnął go szał radości. Zawrócił wóz i popędził do wsi. „Ludzie, Amerykanie nas wyzwolili!” – krzyczał. Cicha wieś oszalała z radości.

Niestety, koniec tej opowieści jest żałosny. Film krytycy uznali za nieudany, a rolnik z Gęsi za defetyzm skazany został na pół roku więzienia.

IX Festiwal Pomuchla

IX Festiwal Pomuchla

W pierwszy weekend grudnia zapraszamy na IX Festiwal Pomuchla!
W sobotę (1 grudnia) w godzinach 16-20 rozpocznie się Kiermasz Świąteczny, który potrwa do niedzieli (godz. 16-20). W niedzielę (2 grudnia) o godz. 12 zapraszamy na pomuchlowy panel – „Dorsze nas żywiły…”. Odpustowy festyn rodzinno kulinarny z udziałem Macieja Kuronia i rosyjskiej grupy folkowej Gornice, rozpocznie się o godz. 15.

Zapraszamy do zabawy przy książęcej zupie rybnej i jubileuszowym torcie. Miejsce – Hala Sportowa w Łebie – ul. Tysiąclecia 11 – zobacz na mapie.

Więcej informacji na stronie o Festiwalu Pomuchla – www.festiwalpomuchla.pl.